Wolne Forum Gdańsk
Forum miłośników Gdańska i Pomorza

Historia - Ocal Gdańsk od zapomnienia!

villaoliva - 2009-01-28, 12:13
Temat postu: Ocal Gdańsk od zapomnienia!
Wolne Forum Gdańsk dołącza do akcji "Ocal Gdańsk od zapomnienia!"

Pomysł jest świetny, bo pamięć ludzka jest ulotna.

Info o akcji ze strony :arrow: gdansk.pl

Cytat:
Jaki jest Gdańsk w Twoich wspomnieniach? Jak bardzo zmienił się na Twoich oczach? Czy przeżyłeś tutaj coś niezwykłego?
Masz okazję o tym opowiedzieć - akcja wspomnieniowa „Ocalić od zapomnienia" powstała z myślą o wszystkich, którym bliski jest Gdańsk, których losy splatały się z historią miasta.
Przywołaj przeżycia i uczucia sprzed lat, przyłącz się do akcji wspomnieniowej i wspólnie napiszmy niezwykłą historię życia Gdańska i jego mieszkańców. Podziel się opowieściami związanymi z Gdańskiem, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego i nie pozwól im zaginąć w niepamięci.

Na wspomnienia oraz fotografie dawnego Gdańska czekamy pod adresem Gazety Wyborczej Trójmiasto:
80-836 Gdańsk, ul. Tkacka 7/8
e-mail: maciej.drzewicki@gdansk.agora.pl

Akcja trwa do 15 lutego 2009. W tym czasie wybrane opowieści wraz ze zdjęciami pojawią się na łamach „Gazety", a wszystkie umieszczone zostaną na stronie www.gazeta.pl/trojmiasto. Finał akcji stanowić będą słuchowiska radiowe i publikacja nietypowego albumu-pamiętnika dziejów Gdańska.

Do akcji dołączyło również Wolne Forum Gdańsk.

Organizator: Urząd Miejski w Gdańsku

Partnerzy medialni: Gazeta Wyborcza Trójmiasto, Radio Gdańsk.




I jeszcze Gazeta Wyborcza

Cytat:
Gdańsk, ze swoją ponad tysiącletnią historią, zabytkami pamiętającymi czasy zamierzchłe, jak i miejscami znanymi z historii najnowszej Polski i Europy pozostaje miejscem niezwykłym, jedynym w swoim rodzaju. Ale pamiętajmy, że najbardziej o niezwykłości miasta świadczą zawsze jego mieszkańcy. To nasze małe historie - szczęścia, dramaty, jak i najzwyklejsze życie codzienne - składają się na tę wielką Historię naszego miasta.

Wspólnie z gdańskim magistratem mamy dla gdańszczan - obecnych, ale i byłych, którzy Gdańsk noszą w sercu - propozycję: napiszmy razem historię naszego miasta.

Czekamy na Wasze, związane z Gdańskiem historie. Nie muszą to być opowieści długie, opisujące wiele lat. Może szczególnie pamiętacie jakieś konkretne wydarzenie, które miało wpływ na Wasze życie - np. wizytę Papieża, demonstrację lat 80. itp., itd. A może chcecie podzielić się z nami pamięcią o zdarzeniu, które dla Was i tylko dla Was miało wymiar szczególny - pierwszym pocałunku na koncercie Niemena, pierwszej kąpiel w morzu po kilku tygodniach podróży pociągiem, gdy po wojnie jechaliście do "ziemi obiecanej"?

Pod adresem 80-836 Gdańsk, ul. Tkacka 7/8 (lub maciej.drzewicki@gdansk.agora.pl) czekamy na takie wspomnienia oraz na Wasze zdjęcia - przedstawiające Gdańsk lat minionych, który pozostaje Wam najbliższy, jak i Was samych i Wasze rodziny. Najciekawsze teksty i fotografie będziemy publikować na łamach "Gazety", wszystkie - w internecie na www.gazeta.pl/trojmiasto.

Wspólnie z gdańskim Urzędem Miasta chcemy, by finałem akcji stało się wydanie albumu gdańszczan. Zbierzemy w nim Wasze historie, które złożą się w niezwykłą historię naszego miasta.


Oczywiście wszelkie wspomnienia i komentarze mile widziane na forum. :flaga:

lestat - 2009-01-28, 21:01

o Sopocie mógłbym ze 3-4 dłuższe opowieści "pierdyknąć" .

Bajdełejem czy ktos posiada zdjęcia Sopotu z miejsc :

-rynek przy Sikorskiego
-stawek naprzeciwko II LO
-okraglak na Monciaku ( a głebiej była cukiernia Nawrocki )
-dawne "bunkry" w drodze do Opery Leśnej koło "Ciapkowa"

villaoliva - 2009-01-29, 22:30
Temat postu: CINEMA PARADISO
CINEMA PARADISO

Na łamach "Gazety" gdańszczanie piszą historię swojego miasta, na którą złożą się ich osobiste wspomnienia. Dziś w cyklu - Tak zapamiętałem Gdańsk - tekst Anny Wakulik.


1.

Znamy się mało. Najpierw może więc powiem coś o sobie. Na imię mam Ania. Urodziłam się w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku w kwietniu. Właściwie to w pierwszej połowie kwietnia. Dokładnie dwunastego kwietnia. W Gdańsku.

Nie przeżyłam żadnej wojny. Nie ocalałam prowadzona na rzeź.

Nie przydarzyło mi się nic, o czym można by napisać dramat.

Nigdy nie przekraczałam żadnej granicy z paszportem, zawsze tylko z dowodem.

Dopiero zamieszkawszy w Niemczech, uwierzyłam, że Mur Berliński istniał naprawdę.

Dopiero tu, doszczętnie zbombardowana obcym językiem, wśród wykwitających co rusz w swojej głowie resentymentów, pomyślałam: jestem z Gdańska.

Przez kilka miesięcy wmawiałam sobie po cichu, że właściwie mogłam zostać Szwedką albo Amerykanką, ale po prostu tak wyszło. Pradziadek pomylił samoloty i zamiast wrócić z Francji do ukochanych USA, przez przypadek trafił nad Morze Bałtyckie. Potem nie chciało już mu się jechać z powrotem. Ale ja, która mogę dużo rzeczy powiedzieć po angielsku, pochodzę właściwie z każdego miejsca na świecie. O każdym mogę powiedzieć "moje". Ta Polska i ten Gdańsk to tylko takie preteksty, litery wpisane w dokumentach. Nic mnie nie boli, jak Niemcy mówią "Polen? Polen! Haraszo!", a Norwegowie pytają: "To wy nie potrzebujecie wiz do wszystkich państw? I naprawdę pogoda jest u was taka sama jak tu? A czas też?". Cóż mnie to obchodzi.

Ale przecież tak nie jest.

2.

Gdańsk to: pierwsze zakazane papierosy w okolicach rozkruszonego kościoła św. Jana; kompletnie zakazane i dzisiaj wywołujące dreszcze na samą myśl wino "Leśny dzban" na schodach prowadzących prosto do Motławy tuż obok Zielonej Bramy; ersatz dalekich podróży po krajach Ameryki Południowej i Bałkanach pod postacią eksplorowania Dolnego Miasta i Nowego Portu w dniach organicznej niechęci do nauki w najlepszym liceum w mieście; księgarnie, które zniknęły jak porcelana i serwetki z powieści Stefana Chwina, gdzie wydawało się jedyne i ostatnie pieniądze; tajemna mapa pełnych skarbów second-handów, wciąż wzbogacana o nowe punkty; platoniczna miłość do aktorki Doroty Kolak, dla której widziało się "Matkę" i "Męża i żonę" tysiąckroć w Teatrze Wybrzeże; codzienne piętnastominutowe narzekanie na korek na Łostowickiej, kiedy to jednak w autobusach - czytelniach na kółkach - przerobiło się ogrom beletrystyki i co ważniejsze, dramaty; prywatne zakątki: dom, w którym nocował pewnej nocy Hitler z kochanką, schodki niedaleko Wielkiego Młyna, ale nie tam, gdzie wszyscy chodzą, tylko nie powiem gdzie; śliwa na podwórku zaspiańskim, na którym wydarzyły się pierwsze tragedie, okaleczenia i upadki, podwórko chełmskie - arcydzieło turpizmu, ale dla mnie najpiękniejsze, z najgłębszą dziurą w chodniku, w której po deszczu była największa kałuża do wypróbowania nieprzemakalności adidasów.

Sześć tysięcy dziewięćset trzydzieści pięć dni wdychania gdańskiego powietrza z małymi przerwami na Warszawę, Kraków i kilka innych miejsc. Sto sześćdziesiąt sześć tysięcy czterysta czterdzieści godzin. Dziewięć milionów dziewięćset osiemdziesiąt sześć tysięcy czterysta minut. Złości, nudy, policzków wydeptanych łzami, przemożnego pragnienia ucieczki albo właśnie spazmów szczęścia, głupiego zadowolenia, myślenia: tu są wszyscy, których kocham.

Potem dwieście siedemdziesiąt dni w Warszawie, sześćdziesiąt w Sopocie, siedem w Czechach, siedem w Rumunii, cztery na Węgrzech, jeden w Austrii, czternaście na Słowacji, dwanaście w Szwecji, pięć na Litwie, po dwa w Zielonej Górze, Kazimierzu Dolnym, Wrocławiu, Krakowie, Zakopanem, a w Szczecinie, Kostrzynie, Poznaniu, Katowicach i Częstochowie - dwie godziny. Sto dni w Berlinie. Wszędzie zasiedlanie nowej przestrzeni, znaczenie terenu wypadłymi włosami i zakwitającymi kubkami z herbatą sprzed tygodnia, brudzenie nieswoich pościeli i dywanów.

3.

Jeżeli jest miejsce, za którym w Gdańsku tęsknię, do którego chciałabym sobie niezobowiązująco pójść, ale jest o pięćset kilometrów za daleko, to jest to kompleks bliźniaczych kin Helikon i Kameralne. To jest symbiotyczna para zdecydowanie wyróżniająca się na mapie, którą noszę w głowie. Małe prywatne Macondo w środku miasta eksplodującego coraz to nowymi, z tego samego arkusza jakby wyciętymi obszarami pełnymi sklepów. A tu wszystko zawsze tak samo. Poduchy w Helikonie niezmiennie szaro-pomarańczowo-nieokreślone, pachnące kinowym kurzem, którego to zapachu próżno szukać gdzie indziej. Jak nie ma ludzi, bierze się ich kilka i mości kołyskę lub kokon dla samego siebie. Tylko na godzinę lub dwie. Ileż gum poprzyczepiało się pod krzesłami Kameralnego. Jak ostrożnie otwierało się butelkę z colą, żeby nie syknęła, bo przecież tu nie wypada. Ile nagrań znalazło się na poczcie głosowej po seansie, bo to dzisiaj niemożliwe tak po prostu odłączyć się od wszystkiego. Najpierw rosyjski "Powrót" w Helikonie, a potem "Wszystko gra" Allena w Kameralnym, czy może zacząć od najnowszego Kusturicy na dole i przenieść się później na "Trio z Belleville" u góry? A może dziś tylko Helikon, dwa filmy jeden po drugim? Wertykalnie, horyzontalnie - jaki mamy dziś stosunek do rzeczywistości?

Gdybym miała obliczyć, w którym miejscu w Gdańsku doświadczyłam największego stężenia przyjaźni, to właśnie tu. Wszyscy, którzy odlecieli do Chin i Jemenów, albo właśnie zostali w Trójmieście, gdy mnie tam nie ma, i którzy są dla mnie najważniejsi na świecie, mijali się kiedyś ze mną na korytarzach tego kina. Trzy szalenie ważne dla mnie Profesorzyce poznałam właśnie tam. Panów, panie. A ile randek z samą sobą tam odbyłam, o bogowie i boginie!

Te dwie maleńkie sale są dla mnie esencją kina w ogóle. Świątynią uciekających przed życiem. Królestwem eskapizmu. Nieskażoną przestrzenią sacrum.

4.

Legenda ukraińska głosi: pewnego razu pastuch zapomniał, skąd pochodzi. Po prostu stał ze swoimi zwierzętami i nagle magicznym sposobem wymazała mu się z głowy cała wiedza o domu. Znał swoje imię, ale nie pamiętał, gdzie się urodził. Zwierzęta zaczęły od niego uciekać. Zrozpaczony pastuch chodził od domu do domu, pukał do drzwi, ale ludzie zachowywali się dziwnie - otwierali, omiatali spojrzeniem przestrzeń i znikali w środku, nie zważając na krzyki i apoplektyczne gesty pastucha.

Stał się niewidzialny.


To była kara od Boga, bo pastuch całymi dniami wyobrażał sobie, że jest czarnym księciem w Afryce, skośnookim rybakiem na Antarktydzie, bogatym panem z Francji. Wyobrażał sobie też, że owieczki to wielbłądy, z których każdy wart jest tyle, że można by za to wybudować cały pałac.

Pastuch umarł w lesie. Miał co jeść, ale przecież nie istniał. Nie mógł istnieć inaczej niż w swojej pastuchowatości.


Fot. Renata Dabrowska / AG

villaoliva - 2009-01-29, 22:34

To był bardzo dobry wybór



To zdjęcie, zrobione w lipcu 1948 r., przedstawia mnie (na pierwszym planie) i mego przyjaciela na gruzach kościoła Mariackiego. W lipcu 1948 r. przebywałem na wczasach studenckich jako student I roku Akademii Handlowej w Poznaniu. Mieszkaliśmy wówczas w Gdańsku-Jelitkowie przy ulicy - obecnie - Jantarowej.

Wówczas pierwszy raz zobaczyłem morze i Gdańsk i postanowiłem po ukończeniu studiów właśnie w Gdańsku podjąć pracę i zamieszkać.

Gdańsk, mimo ówczesnych zniszczeń, bardzo mnie zainspirował. Udało się mi spełnić ówczesne marzenie. W sierpniu 1951 r., już z dyplomem ukończenia AH Poznań, przyjechałem tu. Podjąłem pracę od 1 września 1951 r. w Stoczni Gdańskiej, nr ewid. 16178.

W maju 1960 r. wstąpiłem w związek małżeński z Katarzyną Urbanowicz. Też upodobała sobie Gdańsk i tutaj się osiedliła z rodzicami w 1945 r. jako repatriantka z Wilna. Ukończyła studia w Akademii Medycznej w Gdańsku.

Na Uniwersytecie Gdańskim uzyskałem tytuł magistra ekonomii za pracę "Efektywność mechanizacji w Wydz. Montażu Instalacji Okrętowych (W-2) Stoczni Gdańskiej".

W stoczni pracowałem do 1974 r. - przeżyłem wiele tragicznych wydarzeń, ale i budujących przemian.

W 1974 r. przeniosłem się służbowo do CMIE "Centromor" i tutaj pracowałem aż do przejścia na wcześniejszą emeryturę.

Mieszkaliśmy z żoną przy ul. Marchlewskiego 2/1, obecnie R. Dmowskiego. W czasie tłumienia demonstracji Solidarności, ZOMO wstrzeliło do naszego mieszkania świecę dymną, co spowodowało znaczne zniszczenia.

Jako mieszkaniec Gdańska od 1951 r., a więc po przeszło 57 latach, mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że dokonałem właściwego wyboru miejsca pracy i życia.

W Gdańsku przeżyłem najwspanialsze lata i mówię z całym przekonaniem: "Gdańsk - to jest moje miejsce".

Jakże wspanialszy i piękniejszy jest GDAŃSK roku 2008.


Tadeusz Chudziński

villaoliva - 2009-01-29, 22:37
Temat postu: Niezapomniane podwórko
Niezapomniane podwórko



Moje najmilsze wspomnienia związane z Gdańskiem dotyczą ulicy Żabi Kruk i okolic. W nowych blokach naprzeciwko Unimoru w latach 60. zamieszkali moi rodzice. Z przodu była ulica, a z tyłu Opływ Motławy zwany Kanałem. Stroma skarpa - umocniona kamieniami jeszcze przez Niemców - prowadziła nad brzeg. To było fantastyczne miejsce zabaw. Na zboczu rosły stare kasztany i lipy. Często starsi chłopcy zawieszali grubą linę z kawałkiem deski na końcu i była to świetna huśtawka. Lina sięgała na górę skarpy i bujała się aż do wody. Niezwykłych wrażeń dostarczało takie huśtanie się nad wodą.

Obecnie Zakłady Elektroniczne Unimor, gdzie produkowano TV Neptun i Siesta, nie istnieją. W tym budynku przeprowadzono remont (zmiana okien i elewacji) i mieści się w nim Wyższa Szkoła Bankowa oraz Urząd Skarbowy.

Dno rzeki opadało łagodnie i często w niej brodziliśmy. Jednak latem rodzice nie pozwali dzieciom się kąpać. Uważali, że woda jest brudna, a dno niepewne. Mimo wszystko nigdy nie zdarzyło się, żeby jakieś dziecko utonęło, choć nieraz doszło do przymusowych kąpieli, gdyż niekiedy ktoś wpadł do wody. Starsi chłopcy, nastolatki - często pływali pod mostem na ulicy Toruńskiej. Widowiskowe były ich skoki z barierki mostu.

Po drugiej stronie Kanału była stacja towarowa, a tam pionowy mur aż do wody. Przyjeżdżały pociągi towarowe, rozładowywano je, towar trafiał do magazynów, a potem ciężarówkami rozwożono go dalej. Niedaleko na ulicy Toruńskiej mieściła się wytwórnia octu i musztardy. Często stamtąd dolatywał kwaśny zapach.

Teraz po stacji zostały magazyny. Pociągi nie jeżdżą, a jak mnie doszły słuchy, teren ma być sprzedany deweloperowi i powstaną nowe bloki.

Wracając do Kanału. Po mojej stronie, nad brzegiem stały dwa baraki z kajakami. Należały do klubów i nie można było wypożyczyć sprzętu wodnego. W stromej skarpie było ujście studzienki burzowej obudowanej murkiem, a od góry bez zabezpieczenia. Ponieważ w TV pokazywali serial "Czterej pancerni", ta studzienka udawała czołg. Można w niej było swobodnie usiąść zarówno w środku, jak i na brzegu, czyli we włazie. Lufa to oczywiście okrągły wylot rury burzowej. Zresztą ta studzienka była zawsze sucha, więc chyba nie miała połączenia z siecią. Jesienią często paliliśmy w niej ognisko z ziemniakami.

Nad brzegiem rzeki leżała rozbita szalupa. Sztuką było na nią wejść, gdyż właśnie rufę miała częściowo rozbitą, a na dnie łodzi prawie zawsze była woda. Służyła nam za statek, którym "pływaliśmy" po wszelkich morzach.

Inne miejsca rzeki były porośnięte trzciną i szuwarami. To były nieduże kępy wodnej roślinności. Z urwanych liści robiliśmy stateczki i puszczaliśmy na wodę, mówiąc: "płyń po morzach i oceanach".

Zimą Kanał służył za lodowisko. Najpierw musiał dobrze zamarznąć. Trzeba było poczekać na kilka dni porządnych mrozów. Najlepiej takich po -20 i przez co najmniej trzy dni.

Potem starsi chłopcy wchodzili na lód i sprawdzali jego wytrzymałość. Jak rodzice widzieli, że oni jeżdżą, to pozwalali i mnie. Zwykle były odśnieżone dwa lub trzy lodowiska. Jedno dla hokeistów, a pozostałe dla innych dzieci. Światło padało ze stacji towarowej i można było jeździć do późnego wieczora.

W 1977 r. wszystko się zmieniło. Brzeg umocniono, zrobiono barierki i do wody dojść nie można. Jeden barak z kajakami rozebrano, a w drugim można wypożyczyć sprzęt pływający.

Każdej jesieni puszczałam latawce. Były one zrobione z kalki technicznej rozpiętej na rusztowaniu z listewek i miały kolorowy ogon z bibułki karbowanej. Najtrudniej było ustalić równowagę, tak by latawiec równo leciał, a nie kręcił się wokół osi. Ponieważ blisko naszych domów nie było miejsca (drzewa, linie elektryczne, latarnie itp.), chodziłam na Bastion św. Gertrudy lub Żubr. W tamtych czasach to było odludne i spokojne miejsce. Raz pamiętam, że latawiec "złapał wiatr" i odwinął całe 800 m sznurka. Miałam dylemat, czy go puścić, czy nie. Puściłam.

Natomiast zimą na Gertrudzie istniał naturalny tor saneczkowy z ostrym zakrętem. Zjeżdżało się z samej góry, w połowie trasy trzeba było lekko przyhamować i zawrócić sanki o 90 stopni. Kto tego dobrze nie zrobił, wylatywał przez ziemną bandę na dół zbocza.

Teraz Gertruda jest już uporządkowana, nie ma bandy, a na ostatnim odcinku są schody.

W każdy poniedziałek i czwartek już od rana jechały furmanki na targ przy ul. Chmielnej. Wiozły warzywa i owoce. Potem targowisko przeniesiono na ul. Elbląską, a furmanki zostały wyparte przez samochody. Natomiast zupełnie inny hałas tworzyła kolumna czołgów, która przejeżdżała naszą ulicę w drodze na stację towarową. Tam żołnierze załadowywali sprzęt wojskowy do pociągu i jechali na poligon. My, dzieci, machaliśmy do nich i biegliśmy za nimi. Przecież każdy z nas chciał zostać "pancerniakiem".

W 1977 r. zmieniliśmy mieszkanie. Jednak zabawy nad Kanałem pozostały w mojej pamięci.

Autorka o sobie

Mam 46 lat. W latach 1962-77 mieszkałam na ulicy Żabi Kruk, a obecnie na Suchaninie. Skończyłam I LO w Gdańsku, a potem szkołę policealną w zawodzie technik elektroradiologii. Tak to skomplikowanie brzmi, a w sumie to potrafię obsługiwać aparaturę medyczną. 17 lat przepracowałam w gabinecie EKG. Potem zdobyłam licencjat z zakresu teologii. Obecnie zawodowo nie pracuję. W ramach wolontariatu składam pismo parafialne "Dom na Skale". Czasem napiszę jakiś artykuł.

Maryla Bertrand

Czytelnicy, do piór!

Wspólnie z gdańskim magistratem mamy dla gdańszczan - obecnych, ale i byłych, którzy Gdańsk noszą w sercu - propozycję: napiszmy razem historię naszego miasta. Pod adresem: 80-836 Gdańsk, ul. Tkacka 7/8 (lub: maciej.drzewicki@gdansk.agora.pl) czekamy na Wasze wspomnienia oraz zdjęcia - przedstawiające nasze miasto lat minionych. Najciekawsze teksty i fotografie publikujemy na łamach "Gazety" i na: www.gazeta.pl/trojmiasto

villaoliva - 2009-01-30, 20:18

Tak przy okazji tej akcji przytoczę zaproszenie które otrzymałem z NCK

Cytat:
5 lutego o godzinie 18.00 w Galerii Nadbałtyckiego Centrum Kultury rozpocznie się wystawa Piotra Wittmana zatytułowana "Requiem". Jest to pełen zadumy i wzruszeń projekt na wysokim poziomie technicznym opowiadający o znikającym pokoleniu i znikających z nim budynkach, przestrzeniach, częściach miasta.

Serdecznie zapraszamy i zachęcamy do zapoznania się z filmem prezentującym projekt.


:arrow: Zapomniane Miasto - Requiem


fritzek - 2009-01-30, 20:57

Bardzo fajny film, i ogólnie cały projekt. Moje klimaty.
Sikorzanka - 2009-02-02, 23:57

Pomysł fantastyczny, mam tylko jedno "ale". Otóż akcja trwa do 15 lutego i do tego dnia pan Maciej Drzewicki (e-mail: maciej.drzewicki@gdansk.agora.pl) jest na urlopie:)
Wysłałam parę dni temu tekst wspomnieniowy z fotkami i taką właśnie automatyczną informację zwrotną otrzymałam;)

villaoliva - 2009-02-03, 00:01

Miejmy nadzieję, że ktoś jednak pocztę odbiera.
Postaram się tego dowiedzieć.

Sikorzanka - 2009-02-03, 00:13

Odbiera:) To już sprawdziłam, bo dzisiaj wysłałam na dwa kolejne adresy email . Nie wynika jednak z tego, że ktokolwiek inny "przejął pałeczkę" od pana Macieja. Hmm, akcja trwa już dość długo i tylko trzy teksty? To raczej dziwne:)
villaoliva - 2009-02-03, 00:34

No rzeczywiście jest zwrotka
Cytat:
Do 15 lutego jestem na urlopie. W sprawach pilnych proszê o kontakt z Markiem Górlikowskim (marek.gorlikowski@gdansk.agora.pl) lub Marcinem Rêczminem (marcin.reczmin@gdansk.agora.pl.
Maciej Drzewicki

Sikorzanka - 2009-02-03, 00:39

Pytanie, czy akcja "Czytelnicy do piór" to pilna sprawa :mrgreen:
villaoliva - 2009-02-03, 11:13

Otrzymałem odpowiedź:
Cytat:
Z Pana tekstem nic złego się nie stanie, akcja nie trwa do 15 lutego, będziemy teksty przesłane w tym Pana drukować przez następne tygodnie, ale kiedy dokładnie nie umiem Panu powiedzieć, ponieważ mamy bardzo dużo wspomnień

pozdrawiam

Marek Górlikowski

Sikorzanka - 2009-02-03, 11:27

O! Villaoliva, napisałeś jakiś tekst? A zdradzisz tajemnicę O CZYM? :hihi:
villaoliva - 2009-02-03, 11:29

O koordynacji akcji. Widocznie się spodobał ;-)
villaoliva - 2009-02-04, 23:17

Poczta Gazety się odetkała ;-)

Czołgi, jabłonki i maki, czyli moja ul. Chrzanowskiego

Jestem gdańszczanką, której beztroskie dzieciństwo i młodość upłynęły we Wrzeszczu, na dzisiejszym osiedlu Strzyża, rozciągającym się wzdłuż ulicy Chrzanowskiego, "mojej" Chrzanowskiego. To na niej stawiałam pierwsze kroki i zaliczyłam poważną kraksę rowerową; to po niej dumnie paradowałam z tornistrem i liczyłam przejeżdżające pod oknami czołgi; to na niej koledzy ciągali mnie za czarne warkocze i przeżywałam pierwszą miłość.

Gąsienice i jabłonki

Najwcześniejsze wspomnienie z "mojej" ulicy wiąże się z ważnym momentem życia - pójściem do pierwszej klasy szkoły podstawowej, które pokryło się z naszą przeprowadzką. Opuściliśmy ciasne mieszkanie w tzw. szarym bloku, leżącym "pod wałem" i zamieszkaliśmy w nowym, pachnącym świeżością i nowoczesnością budynku, jakże wyróżniającym się spośród wszystkich na osiedlu. Nasz dom miał płaski dach (sic!), a mieszkanie w nim kojarzyło się z bajką - nie mogło być inaczej!

Niestety w mojej bajce były i złe duchy - gąsienice. Nie, nie larwy motyli lecz gąsienice sprzętu budowlanego, który wiele tygodni towarzyszył mi w drodze między domem a pobliską szkołą. Oddany do użytku budynek stał przy szerokiej, ale piaszczystej drodze, która przed wojną nosiła imię Hubertusburger Allee. Spycharki pracujące przy urządzaniu małej architektury niejednokrotnie powodowały moją panikę i ucieczkę pod rząd balkonów. Jak mi się wówczas wydawało, spędzałam tam całą wieczność.

Ale "gąsienice" odjechały wreszcie. Dwa nowo oddane budynki politechniczne połączyło pięknie urządzone podwórko, ozdobione ławeczkami, trawnikami i dwiema piaskownicami, nad którymi pieczę roztaczały jabłonki. Robiłyśmy z koleżankami "sekrety" w piasku, szukałyśmy jajek znoszonych przez kury z sąsiadującego z ogrodzeniem kurnika, z braku czasu siusiałyśmy na terenie śmietników i kłóciłyśmy się zaciekle, a nade wszystko pastwiłyśmy się nad profesorową P. Profesorowa, kobieta dystyngowana i niezwykle elegancka, w przeciwieństwie do swojego męża-profesora, nie miała zrozumienia dla naszych dziewczęco-naiwnych wybryków. Oj dostało się jej od nas, dostało! Dzisiaj, jakże ciepło Ją wspominam

Kiedy wyrosłyśmy z zabawy w piasku, przesiadywałyśmy na drzewkach, z pogardą spoglądając na dwa lata młodsze od nas dziewczyny. Zaczęłyśmy rzucać okiem na starszych chłopaków z podwórka. Niestety, tym razem oni mieli nas w pogardzie

Czołgi na mojej ulicy

Czas mijał, dzieciaki z mojego podwórka kończyły kolejne klasy podstawówki, a nasza ulica wciąż przypominała polną drogę. Pamiętam rozmowy sąsiadów, nieustanne petycje do władz i niezmienny ryk czołgów, które przejeżdżały pod naszymi oknami. Wszechobecny kurz i nocne liczenie czołgów powoli stawało się oczywistością.

Któregoś grudniowego przedpołudnia słowo "czołg" zabrzmiało jednak obco, złowrogo, zgrzytliwie. Ciągnące się w nieskończoność wojskowe kolumny, zwolnienie z lekcji i nasi rodzice pod murami szkoły - coś strasznego wisiało w powietrzu.

Nieplanowane grudniowe wakacje nie były wypełnione radością. Niewiele rozumiałam z tego, co dookoła mnie się działo, ale rozmowy rodziców o zapasach żywności, o sąsiadach-stoczniowcach, którzy mieszkali po drugiej stronie ulicy i zakaz wychodzenia na podwórko utwierdzały mnie w przekonaniu, że działo się coś strasznego. Nocne liczenie czołgów przybrało inny wymiar

Asfalt i dorosłość

Któregoś dnia nasza ulica została pokryta czarnym paskudztwem. Dorośli odetchnęli z ulgą, a my wkroczyliśmy w prawie-dorosłość. Zamieniliśmy tarcze na rękawach na licealne, chłopcy z naszego podwórka zaczęli się golić, a my, dziewczyny drażniłyśmy "Perłę" (dyrektorkę IX LO) oczyma podmalowanymi kiepskimi tuszami. Vis-a-vis okien mojego mieszkania, powstała palarnia papierosów, a życie towarzyskie w niej kwitło.

Nawet nie zauważyłam, kiedy jabłonki na podwórku postarzały się, piaskownicą zawładnęły chwasty, a pole maków vis-a-vis koszar stało się miejscem romantycznych spotkań.

Kolejno zaczęliśmy opuszczać rodzinne gniazda. Większość z nas, z dyplomami wyższych uczelni, ruszyła na podbój świata

Dzisiaj po "mojej" ulicy pędzą samochody, w miejscu jabłonek stoją szkaradne garaże, a między śmietnikami nie słychać już śmiechu dziewczyn, ani podglądających ich chłopaków. Świeżo odnowione budynki udają jedynie te sprzed lat i wszystko dookoła jest inne, ale mimo, że z wrzeszczanki przechrzciłam się na kiełpiniankę, to jest nadal "moja" ulica.


Ewa Kowalska

villaoliva - 2009-02-21, 10:56

Jak zapamiętałem Gdańsk

Tekst Tadeusza Fliska o wydarzeniach Grudnia 70.

W owym czasie pracowałem w Oddziale Gdańskim Wydzielonego Biura Rozwojowego. Macierzysty zakład zlokalizowany był w Warszawie - Zakłady Wytwórcze Urządzeń Telefonicznych T-2. Ponieważ byłem kierownikiem tego Biura, byłem częstym gościem w Warszawie.

Jeden z wyjazdów wypadł mi 14-15 grudnia 1970 r. Do Warszawy wyjechałem 14 grudnia rannym pociągiem ekspresowym, który z Gdańska wyjeżdżał około godz. 6, a w Warszawie był około 10. Przez dwa dni pobytu w stolicy załatwiałem sprawy służbowe. Nie było żadnych rewelacji. Również wieczorem w hotelu niczego nadzwyczajnego nie zauważyłem.

Do Gdańska wyjechałem 15 grudnia popołudniowym pociągiem ekspresowym, który z Warszawy wyruszał ok. 16, a do Gdańska przyjeżdżał po godz. 20.

W pociągu też nic nadzwyczajnego się nie działo. Tylko przechodząc przez korytarz, usłyszałem fragment rozmowy dwóch panów, w której padło m.in. słowo "strajk". Ponieważ nie usłyszałem kontekstu, nie przywiązywałem do tego większego znaczenia.

Gdy pociąg w Gdańsku zatrzymał się na peronie, wyskoczyłem z wagonu jako pierwszy; chciałem szybko dojść do postoju taksówek (w owym czasie to klient czekał na taksówkę, a nie odwrotnie).

Gdy doszedłem do hali dworcowej, "stanąłem jak wryty". Hala była pusta; wyglądała jak w czasie kapitalnego remontu. Na podłodze "walały się" różne przedmioty, pełno wody (skutek gaszenia pożaru). Ściany były opalone. Czuło się swąd spalenizny. Ogień był już ugaszony. Dwaj zmęczeni i zdesperowani strażacy kręcili się po hali, wypatrując, czy nie ma jakichś nieugaszonych ognisk. Nie reagowali na naszą obecność - zaskoczonych ludzi, którzy wysiedli z pociągu i kierowali się do jakichś środków lokomocji. My nie wiedzieliśmy, co się stało (teraz dopiero skojarzyłem rozmowę panów w pociągu z tym, co zobaczyłem).

Po wyjściu z hali dworcowej zobaczyłem pobojowisko. Na ulicy (Wały Jagiellońskie) leżał przewrócony tramwaj; płonął jeszcze budynek Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (KW PZPR). Pustkowie.

Oczywiście, na postoju taksówek nie było żadnego samochodu. W okolicy "żywej duszy" poza kilkoma osobami, które - tak jak ja - wysiadły z pociągu. Wkrótce i ich już nie było. Widocznie mieszkali niedaleko (ja w Brzeźnie). Dopiero chwilę później jakaś pani (pracownica PKP?) opowiedziała mi w skrócie, co się wydarzyło i że obowiązuje "godzina milicyjna". Dlatego tak pusto na ulicach. Ta pani powiedziała mi również, żebym zobaczył, czy jakiś tramwaj nie będzie jechał ul. 3 Maja (na ul. Wały Jagiellońskie tory tramwajowe były zablokowane przez przewrócony tramwaj). Poszedłem więc na przystanek: róg 3 Maja i ul. Świerczewskiego (obecnie Nowe Ogrody). Niestety, żaden tramwaj nie jechał. Wróciłem na dworzec PKP. Potem znów poszedłem na ul. 3 Maja i zawróciłem na dworzec. W pewnym momencie zobaczyłem (na peronie "elektryczek") dwoje kolejarzy. Podszedłem i zapytałem, czy są jakieś możliwości wydostania się stąd pociągiem elektrycznym. Odpowiedzieli, że (prawdopodobnie?) mniej więcej za godzinę "elektryczka" odjedzie do Nowego Portu.

I rzeczywiście, po pewnym czasie pociąg jedno- lub dwuwagonowy (dokładnie już nie pamiętam) wyruszył do Nowego Portu. W całym składzie było dwóch pasażerów (w tym ja), konduktorka i maszynista.

Wysiadłem na przystanku "Brzeźno" w Nowym Porcie i wyruszyłem pieszo do domu. Po drodze nie spotkałem "żywej duszy" (godzina milicyjna). W czasie marszu przejechały, od Nowego Portu w stronę Brzeźna, dwa samochody milicyjne (w pewnym odstępie czasowym). Gdy samochód dojeżdżał do mnie, znacznie zwalniał, a siedzący w nim milicjanci uważnie mi się przyglądali; ale nie "zaczepiali" mnie, ani tym bardziej nie legitymowali. Ponieważ wracałem z dwudniowej podróży, miałem ze sobą tylko niewielką walizeczkę (neseser).

Gdy byłem już w domu, wysłuchiwaliśmy "w rodzinnej atmosferze" nadawanych przez Radio Gdańsk komunikatów o "sytuacji" w Trójmieście. M.in. I sekretarz KW PZPR (ówczesny wicepremier rządu) nawoływał ludzi, aby następnego dnia stawili się w pracy.

Ludzie posłuchali. Jak to się skończyło - wiemy.

Tadeusz Flisek
Gdańsk, styczeń 2009

villaoliva - 2009-03-02, 20:46

Moje zielone lata na Przeróbce

Jak zapamiętałam Gdańsk - gdańszczanie piszą historię swojego miasta, na którą złożą się ich osobiste wspomnienia. Dziś tekst Wandy Król-Kühnel

- Ciociu, to wsia czy miasto? - zapytał mój kuzyn przywieziony przez mamę na kilka dni z Włocławka do Gdańska. Mały był zdezorientowany, ponieważ obudziło go pianie kogutów, a przecież ciocia Ala zabrała go do miasta. A tu odgłosy jak u babci na wsi.

...

Przeróbka leży nad Martwą Wisłą, między Stogami a Wisłoujściem. Jeszcze w latach 60. była zarazem dzielnicą przemysłową i przedmieściem. Piętrowe domy stały wzdłuż ulicy Teofila Lenartowicza, a także Siennickiej, Bajki oraz sporadycznie na Siennej i Pasteriusza. Pozostałe budownictwo stanowiły domki parterowe, niektóre, te nad rzeką, z charakterystycznymi spadzistymi dachami.

Długa i wąska ulica Sienna dochodziła do Stogów. To właśnie w zaułku Siennej, nazwanym obecnie ulicą Jana Brzechwy, upłynęły moje zielone lata.

Ojciec przyjechał do Gdańska tuż po wojnie - 20 sierpnia 1945 roku. Miał 23 lata i właśnie wrócił z obozu w Niemczech do rodzinnej wioski pod Kutnem. Odwiedził go kolega, który przyjechał z Gdańska i szpanował czapką z białym denkiem, jaką nosiła straż portowa. Wszyscy mu jej zazdrościli. Ojciec zamiast, jak planował, jechać do Warszawy, do mającej powstać fabryki samolotów, przyjechał - jak żartuje "za czapką" - na Przeróbkę, bo w odbudowywanych Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego otrzymał pracę, a także przydział pokoju na jeszcze Heubude 16D.

Niewielkie mieszkanie, 2 pokoje z kuchnią, zajmowały dwie leciwe Niemki - samotne siostry.

Pytałam nieraz: - Dlaczego przyjąłeś tak brzydkie lokum, przecież we Wrzeszczu było tyle ładniejszych?

- Wtedy dla mnie najważniejsze było położenie domu blisko miejsca pracy - odpowiadał.

Gdy któregoś dnia latem 1946 roku wrócił na kwaterę, kobiet już nie było. Prawdopodobnie zostały wywiezione do Niemiec.

Ojciec w czasie kolejnych pobytów w rodzinnych stronach namówił jeszcze kilku krewnych i kolegów na przyjazd do Gdańska i pracę w ZNTK.

16 lutego 1947 roku ożenił się i przywiózł moją mamę na Sienną.

Urodziłam się w 1948 roku, a potem - co trzy lata - na świat przyszły moje dwie siostry.

...

Pamiętam, jak stopniowo zmieniała się moja dzielnica. Nazywano ją różnie, najpierw Troyl, Zawiśle, Trojan, wreszcie - Przeróbka. Te nazwy widniały na tablicach tramwajów dojeżdżających do tej części Gdańska. Pewien dowcipny konduktor zapowiadał przystanki mową wiązaną. Na naszym przy ulicy Siennickiej wykrzykiwał: "Przeróbka z wariata na głupka!"

Nie wiedział, że nazwa dzielnicy jest uzasadniona historycznie, pochodzi od flisaków, którzy tu na brzegach Wisły zatrzymywali swoje tratwy i statki, aby przerabiać, to znaczy suszyć i czyścić, zboże przeznaczone do sprzedaży w Gdańsku.


Moje najwcześniejsze wspomnienia to gruzy. Ocalała tylko połowa sąsiedniego domu. Rumowisko wywieziono, a pozostałą część odbudowano. Gdy smołowali kryty papą dach, spadła mi na głowę bryła gorącej smoły. Mama z trudem wydobywała czarną maź z moich włosów.

Długo górował nad okolicą komin jakiejś zbombardowanej fabryki w pobliżu mostu kolejowego. Jej ruiny porosły krzaki i chwasty, które zjadało stadko kóz.

Domy na Siennej ocalały, ale nosiły ślady wojny - w ścianach było pełno dziur po pociskach. Wkrótce wróble uwiły sobie w nich gniazda.

Gdy padał deszcz, przez dziurawy dach woda dostawała się do wnętrza. Podstawialiśmy wtedy naczynia, a krople bębniły na różne tony. Na szczęście wkrótce dach wyremontowano.

Inną bolączką był częsty brak prądu, wtedy przed siedzeniem w ciemnościach ratowała nas dyżurna świeczka.

Domy przy ulicy Siennej to jednopiętrowe budynki z czerwonej cegły, zbudowane prawdopodobnie w końcu XIX wieku. Na poziomie mieszkały 4 rodziny. W naszym parter zajmowali przedwojenni gdańszczanie, mówiący charakterystycznie brzmiącą polszczyzną (gardłowe "r" oraz kalka niemieckiej składni). Piętro zamieszkiwali przybysze z różnych stron Polski. W końcu korytarzy znajdowały się dwie ubikacje, a także kran z wodą i zlew.

W mieszkaniach nie było łazienek ani wody. Ogrzewał je jeden piec kaflowy na dwa pokoje. Gotowało się na kuchni węglowej.

Z naszej ubikacji korzystało 10 osób. Ale jak tam było czysto! Matki bardzo dbały o porządek. Co sobotę (na zmianę) szorowały proszkiem i ryżową szczotką podłogi korytarza, drewniane schody, ubikacje. Potem wszyscy ostrożnie stąpali po rozłożonych gazetach, aby nie nabrudzić i starannie wycierali nogi. Nic dziwnego, że gdy padało, dzieciarnia bawiła się na tych schodach w szkołę.

Z tymi schodami i korytarzem wiąże się moje przykre wspomnienie. Pewnego dnia włożyłam głowę między tralki, aby porozmawiać z koleżanką siedzącą poniżej na schodach. Ku swemu przerażeniu nie mogłam jej z powrotem wyciągnąć. Tkwiłam tak aż do powrotu z pracy ojca, który, aby mnie uwolnić z tych dybów, musiał użyć piły.

Mimo że na naszym piętrze mieszkało jedenaścioro dzieci w podobnym wieku, panował porządek. Nie wolno było niczego niszczyć, z szacunkiem należało odnosić się do wszystkich sąsiadów. Biada, gdyby ktoś się na nas poskarżył. Lanie gotowe!

Później administracja domów zatrudniła sprzątaczkę, ale była leniwa i często pijana. Wykrzykiwała, że należy do partii i zrobi z wszystkimi porządek. Nasze matki potulnie dalej sprzątały , a ja nigdy do partii się nie zapisałam.

...

Dzieci było mnóstwo, byliśmy pierwszym pokoleniem urodzonym w Gdańsku, nazwano nas powojennym wyżem demograficznym. Latem całe dnie przebywaliśmy na dworze. Budynki na Przeróbce były koszmarne, ale wokół nich pełno wspaniałych miejsc do zabaw. Za domami stały komórki i stosy starych podkładów kolejowych. W tych komórkach trzymano węgiel i drewno na opał, narzędzia, wannę na sobotnią kąpiel, a także hodowano kury, kaczki, króliki, gołębie, a nawet świniaki. Nic dziwnego, że pianie kogutów rozlegało się często.

Domy były otoczone ogródkami i ogrodami. Każda rodzina oprócz działki pracowniczej miała swój kawałek ziemi blisko domu, na którym rosły warzywa, kwiaty, drzewa i krzewy owocowe. Wiosną, gdy zakwitły drzewa, a zielone krzaki i pnącza miłosiernie zasłoniły krzywe płoty i rozpadające się budy, Przeróbka piękniała. Do naszego ogródka ojciec przywiózł wózek piasku z plaży i zrobił nam wspaniałą piaskownicę. Mama zamykała furtkę na kłódkę i mogła spokojnie coś robić, a my bezpiecznie się tam bawiłyśmy.

Wieczorem zbieraliśmy się w grupy i dopiero zaczynały się zabawy: w chowanego, w podchody. Matki długo zwoływały nas na kolację. Ileż było rozdartych spodni i kurtek, pogubionych czapek i rękawiczek, gdy przełaziliśmy przez druty i sztachety.

Zimą jeździliśmy na sankach i łyżwach. Musiały być niezłe mrozy, bo Martwa Wisła zamarzała i tam była jazda! Gdy rozlegało się głuche "trach", uciekaliśmy na brzeg.

Moje siostry wspominają ulubioną zabawę: grzebanie patykiem w ziemi, gdzie znajdowały "skarby" w postaci kolorowych szkiełek i paciorków.

Filmy oglądaliśmy w kinie Zorza. Gdy wyświetlano jakiś atrakcyjny tytuł, trzeba było stać w długiej kolejce po bilety.

...

Na Przeróbce "matką karmicielką" były Zakłady Naprawcze Taboru Kolejowego. Nasi ojcowie, wujowie, sąsiedzi tam pracowali - około 3 tys. zatrudnionych. Syrena nadawała rytm życiu naszej dzielnicy. O 6 rano jej wycie wzywało robotników do "warsztatów". Kobiety rzadko w latach 50. pracowały zawodowo. Ich zadaniem było zajmowanie się domem i dziećmi - roboty miały mnóstwo.

Gdy zbliżała się godzina 14, dzieci pędziły do centrum dzielnicy (róg Siennickiej i Lenartowicza), obsiadały jak ptaki płoty obok kiosku stojącego naprzeciwko bramy wejściowej do ZNTK i śledziły wskazówki ogromnego zegara. Gdy syrena wreszcie zawyła, z bramy wypływał potok mężczyzn ubranych w kolejarskie mundury. Przyjezdni wsiadali do czekających na pętli tramwajów. My rzucaliśmy się w stronę ojców i prowadziliśmy ich do domu, gdzie czekała mama z obiadem.

W latach 50. najbliższa podstawówka dla dzieci z Przeróbki znajdowała się za Martwą Wisłą. Musieliśmy codziennie maszerować opłotkami do

ul. T. Lenartowicza, potem Siennicką i przez most na drugi brzeg rzeki.

Wreszcie i na Przeróbce zbudowano nową Szkołę Podstawową - nr 61, którą ukończyłam w 1962 roku. Stoi tuż za wiaduktem kolejowym.

Po torach jeździły długie pociągi towarowe. Gdy skład przetaczał się z łoskotem, lekcję przerywano i liczyliśmy wagony.

Patrzę na pożegnalne zdjęcie mojej klasy i widzę 42 twarze! Podziwiam byłych nauczycieli. Jak sobie radzili z taką gromadą!

...

Mijały lata. Nasze matki podchowały dzieci i poszły do pracy. Nasz zaułek niewiele się zmienił, ale wzdłuż Siennej od strony rzeki powstały różne stocznie i kluby żeglarskie.

W latach 1962-1966 byłam uczennicą VI LO. Znowu ścieżką wzdłuż płotów i ogrodów chodziłam do ulicy T. Lenartowicza. Zapamiętałam ją wiosenną, gdy zakwitły rosnące tam szlachetne głogi. Przypominały ogromne czerwone bukiety. Pachniały bzy i jaśminy. Ozdobą tej ulicy były także wspaniałe kasztanowce. W majowej zieleni liści pojawiały się miniaturowe kandelabry białych kwiatów z żółtymi ognikami.

Dalej moja codzienna trasa do ogólniaka wiodła przez Most Siennicki, który bardzo mi się podobał, chociaż ciągle trwały tam prace remontowe. Młoty pneumatyczne rozbijały położony wcześniej asfalt, a samochody i tramwaje jeździły "na mijankę". Podziwiałam piękne herby na słupach oświetleniowych. Wydaje mi się, że były jakieś lwy i resztki mechanizmów podnoszących most.

Niestety, po każdym remoncie stawał się coraz brzydszy.

Teraz pilniej przyglądałam się mojej dzielnicy. Na ścianach domów zauważyłam różne napisy w języku polskim, niemieckim i rosyjskim, które wiele mi powiedziały o jej historii. (3 x tak, Nachste Apotheke , min niet, dom prowieren). Napisy coraz to blakły, niektóre zniknęły po generalnym remoncie budynku.

W 1970 roku przeprowadziłam się na ulicę Elbląską. Na Przeróbce bywam rzadko. Wkrótce potem w miejscu ogrodów stanęły wielopiętrowe budynki i garaże. Niestety, zbudowano je bez ładu i składu. Pozbawiona zieleni jest szara i smutna.

Żałuję, że nikt mi wcześniej nie uświadomił, jak ciekawa jest przeszłość tej dzielnicy. Przecież moja Sienna to fragment dawnego bursztynowego szlaku. O Przeróbce można nieskończenie


Wanda Król-Kühnel

villaoliva - 2009-03-03, 21:00

Akcja "Ocal Gdańsk od zapomnienia!" została przedłużona do końca maja.
Do tego terminu można wysyłać wspomnienia na adres: 80-836 Gdańsk, ul. Tkacka 7/8 oraz email maciej.drzewicki@gdansk.agora.pl

Również do końca maja, co sobotę będą one publikowane na łamach Gazety Wyborczej.

Sikorzanka - 2009-03-04, 23:42

Wszystkie będą drukowane? Znaczy wszystkie cztery?;) Coś wiesz?
villaoliva - 2009-03-05, 20:04

Do końca maja jest więcej niż 4 soboty ;)
Sikorzanka - 2009-03-05, 20:16

Miałam na myśli teksty opublikowane na gazeta.pl - znaczy pięć nie cztery, a nie soboty:)
villaoliva - 2009-03-09, 11:23

Widok z okna

Widok z okna: po lewej stocznia, druga brama, na wprost plac, pętla tramwajowa w budowie, na placu transportery wojskowe, czołgi, wojsko. Grudzień 1970 r. Mam 13 lat, robotnicy wychodzą przed bramę. Naprzeciw, bliżej żółtego wieżowca, szereg z bronią, padają strzały, przewracają się ludzie. Mam ten widok przed oczami do dzisiaj...

Wracam ze studenckiego wyjazdu w Bieszczady, pociąg przed Gdańskiem stoi wiele godzin. Nie wiadomo dlaczego. Wreszcie - powrót do domu. Czwarta rano. Idę pieszo, bo jest niedaleko. Tory tramwajowe jakieś dziwnie zardzewiałe. Przed drugą bramą tłum ludzi, transparenty - sierpień 1980 roku...

Jesień, Wajda kręci film, rozbierają pętlę tramwajową, rusza budowa pomnika, dźwigi podnoszące krzyże, robotnicy stojący na nich, zdjęcia robione z okna - czarno-białe, potem robione wieczorem, poruszone, niewyraźne. Odsłonięcie pomnika, orkiestry wojskowe, sztandary, przemówienia...

Znowu ciemno, zima, śnieg, czołgi na placu, właściwie nie na placu, a wzdłuż ul. Jana z Kolna. Uzbrojone grupy idą przez plac w stronę drugiej bramy. Rozpędzony czołg rozbija bramę, zomowcy wbiegają do stoczni. Widok z okna, zdjęcia robione ukradkiem, niewyraźne, słabo naświetlone. Grudzień 1981 roku...

1 maja, 3 maja, grudzień, rok 82, 83, gazy łzawiące, demonstracje pod pomnikiem, walki z zomowcami, blokowanie placu. Filmy kręcone amatorską kamerą 8 mm przez okno, z ukrycia. Wpadają do mieszkania esbecy - zauważyli. Areszt, straszenie, kolegium, konfiskata sprzętu, nieobecność na zajęciach na politechnice, zagrożenie relegowaniem ze studiów...

Wizyta Papieża, modlitwa pod pomnikiem, esbecy w domu - pilnują, ale robienia zdjęć już nie zabraniają. Plac otoczony tajniakami.

Wizyty prezydentów, premierów - Wolnej Polski, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii... Widok z okna...

Młode Miasto, nowy plan zagospodarowania przestrzennego, rok 2006, plany budowy - Centrum "Solidarności", centrum handlowe, budynki biurowe, mieszkalne, nowe ulice, zamiast Nowomiejskiej - Młodomiejska...

A widok z okna zniknie, kamienice postanowiono wyburzyć, trochę szkoda...

Krzysztof Krzaczkowski

villaoliva - 2009-03-23, 13:54

Kino Bajka

Było lato 1946 r., kiedy pojawiłem się w Gdańsku po bardzo długiej i bardzo skomplikowanej wojennej tułaczce. Po lekturze książek Conrada i Londona przygnało mnie na egzamin do Państwowego Liceum Budowy Okrętów, czyli Conradinum. W swojej ówczesnej naiwności sądziłem, że jest to szkoła, po której mogę zostać marynarzem - ale skąd miałem wiedzieć, jeżeli dotychczas morza nigdy nie widziałem, a nawet nie umiałem go sobie wyobrazić. Nic zresztą dziwnego, bo we Lwowie przyzwoitej rzeki nie było, a do morza... chyba było bliżej do Czarnego niż do Bałtyku, a do Adriatyku też niewiele dalej.

Morze ujrzałem po raz pierwszy następnego dnia po egzaminie, z okna pociągu między Gdańskiem a Sopotem. Nie było jeszcze wtedy kolejki elektrycznej i zdezelowany parowóz wyciągnięty z lamusa ocalałej parowozowni, ciężko sapiąc, ciągnął powoli długi sznur równie nowoczesnych wagonów. Był zatem czas przyjrzeć się morzu. Wyrastało ono zza kępy drzew błyszcząc matowo w jaskrawym słońcu i pięło się - jak się wydawało - niewiarygodnie wysoko w górę. Ciemny kadłub dymiącego w oddali statku zdawał się być zawieszony - wbrew prawom ciążenia - w drgającym od upału powietrzu. Linia niewidocznego horyzontu gubiła się w srebrnym blasku.
Takie było moje pierwsze spotkanie z morzem...

Ale nie o tym chciałem pisać, nie o morzu, z którym związałem niemal całe swe życie, a o niewielkim fragmencie Wrzeszcza, który miał na imię Bajka.

Bajka było to niewielkie kino na Jaśkowej Dolinie. Gdy już zakorzeniłem się na dobre w Conradinum, owo kino było cosobotnim lub coniedzielnym azylem, ucieczką od internatowego rygoru, a filmy - jedynymi oknami na świat.

Z czasem utarł się w moim podówczas siedemnastoletnim życiu stały rytuał. Wyglądało to mniej więcej tak:

Gdzieś tak po obiedzie prawie biegiem spieszyłem do kinowej kasy, by wystać w kolejce - czasem wcale sporej - dwa bilety na sobotni seans. Ze zdobytymi biletami wsiadałem do tramwaju, chyba nr 2, aby dojechać do Oliwy, gdzie na ul. Kwietnej mieszkała ówczesna sympatia, bardzo ładna panna o dość rzadkim wówczas imieniu Sylwia, czyli w uproszczeniu Lalka. Z ową Lalką spieszyliśmy tramwajem do Bajki, a po seansie, jeżeli była odpowiednia pogoda, wędrowaliśmy spacerkiem na Kwietną.

I tak było w każdą sobotę albo niedzielę, bez względu jaki film grano w owej Bajce.

W niewielkim kinie było zacisznie, obok siedziała Lalka, a na ekranie objawiał się szeroki świat, coraz bardziej obcy ze względu na żelazną kurtynę i tym bardziej interesujący, jak każdy zakazany owoc.

We Wrzeszczu tamtych lat były też inne miejsca, mniej lub bardziej "magiczne". Była na przykład, o ile dobrze pamiętam, restauracja na rogu Grunwaldzkiej i Miszewskiego pod tytułem, bodajże Bachus, była nieco dalej kawiarnia Pod Kominkiem, dokąd można było po kinie zajść na przykład na lody i był chyba Fotoplastikon, relikt przedwojennych czasów. A także - nieco później - Lotos na ul. Wajdeloty, wysadzanej po obu stronach drzewami, które ustąpiły miejsca samochodom. We wrzeszczańskich i oliwskich górkach były śnieżne, spacerowe trasy narciarskie. A teraz nawet i śnieg gdzieś zniknął. Eeeech...

*

Mijały lata. Lalka zaczęła chodzić do kina z kimś innym, ja z czasem z moją żoną w przerwach między rejsami, potem żona z dziećmi na rozmaite poranki, a kino Bajka dostarczało rozrywki kolejnym pokoleniom.

Ale przyszły nowe czasy. Nowocześniejsze. Padła żelazna kurtyna, padł berliński mur, ale - niejako przy okazji - padła też Bajka, pochłonięta przez multikina czy kinopleksy.

Lalka też już od kilku lat nie żyje, ale w mojej pamięci pozostało małe, przytulne kino a... w moim notesie z tamtych bardzo dawnych czasów naiwne zestawienia i notatki, dotyczące tamtych filmów, a mianowicie:

rok szkolny 1947/1948

1. Wesoły pasjonat - szwedzki

2. Noc grudniowa - francuski

3. Wesoły sublokator - USA

4. Siódma zasłona - angielski, James Mason

5. Statek pułapka - ZSRR

6. Siedmiu śmiałych - ZSRR

7. Marsylianka - francuski, Jouvet

8. Ojczyzna - francuski

9. Spotkanie - angielski

10. Trzech panów Ludwików - francuski

11. Wiosna - ZSRR

12. Awantura w zaświatach - USA, dobry

13. Znak Zorro - USA

14. Pepita Jmenez - meksykański

15. Baryłeczka - francuski, dobry

16. Skarb Tarzana - USA, Weismiller

17. Konwój - USA, morski!

18. Wieczna Ewa - USA, D. Durbin, dobry

19. Pani Miniver - angielski, bardzo dobry

20. Dziewczę z Dalekiej Północy - USA, Sonia Henie

21. Gasnący płomień - USA, Ingrid Bergman, Charles Boyer, bardzo dobry

22. Casablanka - USA, Ingrid Bergman, bardzo dobry

i tak dalej, i tak dalej...

I to by było na tyle!

Uwaga! Pisownia nazwisk według oryginału z 1947 r.

Andrzej Perepeczko

fritzek - 2009-03-23, 14:47

Bardzo fajne opowiadanie. Podoba mi się najbardziej z dotychczas opublikowanych.
Henio - 2009-03-23, 15:28

No bo wiadomo - kto to pisał :-)
Szkoda tylko , że Mechanik a nie Nawigator ;-) No bo z pozycji mostka kapitańskiego, to by więcej ciekawych podręczników powstało.

fritzek - 2009-03-23, 15:57

Henio napisał/a:
No bo wiadomo - kto to pisał :-)

Aj! Dopiero teraz zwróciłam uwagę na nazwisko autora :oops:

villaoliva - 2009-04-12, 18:11

Historia pewnego budynku

Po wyzwoleniu Gdańska przez oddziały radzieckie i polskie (28 - 30.03.1945) budynki przy ul. Grunwaldzkiej we Wrzeszczu zostały w 80 proc. spalone przez żołnierzy radzieckich. M.in. spłonęły budynki z parzystymi numerami pomiędzy ul. Jesionową i gen. De Gaulle'a. Wzdłuż Grunwaldzkiej zostały spalone budynki nr 126, 128 a, 132 i 134, pozostał budynek nr 130, gdzie w czasie wojny i po wojnie mieścił się Urząd Stanu Cywilnego. Wzdłuż wewnętrznej uliczki zniszczono budynek 128 b. Gdy żołnierze radzieccy podeszli do budynku 128 c-d, mieszkająca w suterynie Polka, pani Laskowska, poprosiła żołnierzy, żeby nie palili tego domu. Rosjanie odstąpili.

Budynek po wojnie należał do PKP i w roku 1946 Dyrekcja Kolejowa nakazała wysiedlić z niego osoby, które nie pracują na kolei. Pani Laskowska, która przed wojną sprzątała w naszym mieszkaniu, zwróciła się do mojego ojca o pomoc. W jej imieniu ojciec napisał odwołanie, w którym dokładnie opisał okoliczności uratowania budynku przed spaleniem w roku 1945. Dyrekcja Kolejowa wysłała podanie do Ministerstwa Komunikacji i po dwóch tygodniach przyszła krótka, bez uzasadnienia odpowiedź "Zostawić panią Laskowską w budynku nr 128 c.". Już do końca życia mieszkała w swojej suterynie.

Wzmianka o uratowaniu tego budynku przez panią Laskowską umieszczona jest również w książce Gabrieli Danielewicz, "W kręgu Polonii Gdańskiej" (s. 224, Marpress Gdańsk, 1996). Ja tę historię znam z opowiadań mojego ojca. W tym budynku nasza rodzina mieszka od roku 1937 do chwili obecnej, z przerwą na okres wojenny.

Wiesław Kledzik

villaoliva - 2009-04-24, 21:55

Niezapomniane podwórko

"Kraj lat dziecinnych..." - ten kojarzy mi się głównie z ulicami: Na Stoku i Biskupią. Wtedy wydawało mi się, że to centrum wszechświata.

Przedwojenna kamienica, tak naprawdę mała i brzydka, pozostała w mej pamięci jako jasny dom mego dzieciństwa. Po drugiej stronie ulicy znajdował się stary, zaniedbany park. W jego dalszej części, niemal nad samą Radunią były fragmenty poniemieckiego cmentarza. Wszystko tonęło wśród lip, kasztanów i klonów. Tam my - dzieci z okolicy, mieliśmy ulubione miejsce zabaw. Latem brodziliśmy wśród zarośli, jesienią zbieraliśmy kasztany, a zimą zjeżdżaliśmy na sankach.

Centralną część mojego świata stanowiła ulica Biskupia ze wszystkimi jej atutami. Był tam sklep spożywczy, który przy innych sklepikach wydawał się prawie delikatesami. Największe zainteresowanie budził jednak mały butik ze spinkami, koralikami, pierścionkami. Dzieci z okolicy potrafiły godzinami stać pod oknem wystawowym i przyglądać się tym cudeńkom. Właścicielami sklepu byli państwo Płatkowie, dlatego przyjął się zwyczaj robienia zakupów "u Płatka". Warzywa i owoce kupowaliśmy u pana Kowalke, w małym, drewnianym kiosku pomalowanym na charakterystyczny zielony kolor. W mojej pamięci pozostał także sklep "U Niemca". Znajdował się ona na rogu ulicy Biskupiej i Na Stoku. Było to mało przyjemne miejsce, gdyż znajdowało się w ciemnej, wilgotnej piwnicy.

Opowiadając o ul. Biskupiej należy wspomnieć o warsztacie szewskim. Na kamiennych schodkach siedziały zazwyczaj dwa ogromne, rude, wypielęgnowane koty, które w dzieciach, nie wiedzieć dlaczego, budziły wielki respekt.

Wędrując Biskupią do góry można było dojść do dwóch stadionów. Było to wyjątkowe miejsce. Latem przychodziły tam całe rodziny. Rozkładano koce, wyjmowano kosze z jedzeniem i odpoczywano. Dzieci grały w piłkę i jeździły na rowerach.

Czasem na stadionach rozbijały się tabory cygańskie. Wtedy, z wielkimi emocjami, przyglądaliśmy się życiu tych kolorowych ludzi. Patrzyliśmy jak przygotowują posiłki, śpiewają i tańczą. To było bardzo ekscytujące. W tym okresie po naszych ulicach chodzili Cyganie i grali na akordeonie, na skrzypcach. W oknach pojawiali się ludzie i rzucali grajkom drobne monety.

W 1968 roku wyprowadziłam się ze starej dzielnicy Gdańska na Przymorze. Tam zaczęło się inne życie, może wygodniejsze, bardziej cywilizowane, ale mniej egzotyczne, mniej barwne.

Teraz mieszkam na Kaszubach. Tu staram się odnaleźć część barw dzieciństwa.

Może mi się uda.

Danuta Cynkowska

villaoliva - 2009-06-01, 09:58

Dziś brakuje tej życzliwości

Gdy nadszedł grudzień 1970 r., już dwa lata mieszkałam w Gdańsku. Mąż poszedł do pracy na statek "Jan Żiżka", który stał w stoczni remontowej. W tym dniu zaczęły się rozruchy. Męża nie było trzy dni. Nie było telefonów komórkowych, aby się skontaktować, nie mieliśmy nawet telefonu stacjonarnego.

Niepewność, obawa, lęk i codzienne trudności z zaopatrzeniem. Kolejki w sklepach, atmosfera paniki.

Właśnie wtedy poznałam, co to prawdziwa życzliwość. Ludzie sobie pomagali. Do dziś pamiętam życzliwość sąsiada Zygmunta, który będąc kierownikiem piekarni przynosił nam chleb, po który nie musiałam wystawać w kolejce. Zygmunt - Dziękuję!

Ludzkiej życzliwości doświadczyłam też w sierpniu 1980 r. To były piękne dni...

Wiem, nie w modzie i podejrzanie wspominać piękne dni w PRL-u, bo a nuż w IPN zaczną szukać teczki... Ale tak to odczuwam, gdyż dziś mi brakuje tej życzliwości, a przecież życzliwość i solidarność doprowadziła do czerwca 1989 r., do wielkich przemian i szkoda, że dziś gdzieś się zawieruszyła. Być może jeszcze gdzieś się wałęsa, ale trudno ją zauważyć, szkoda...

Teresa Rześniowiecka

villaoliva - 2009-06-01, 10:00

Mój Wrzeszcz

Szłyśmy na inaugurację roku z warkoczami, w granatowych spódniczkach, białych bluzkach i białych skarpetach, z okna męskiego akademika wychylił się chłopak i wrzasnął "Patrzcie, pierszaczki idą!". W oknach się zaroiło, a nam plątały się nogi - wspomina Jadwiga ze Stołyhwów Kopeć.

Część I

Moje spotkanie z Wrzeszczem miało miejsce w roku 1959, kiedy jako 17-letnia maturzystka przyjechałam na egzaminy wstępne na Politechnikę Gdańską.

Przyjechałam ze Świebodzina, miasta na ziemi lubuskiej, gdzie w 1945 r. odczepiono wagon ekspatriantów z Mamy rodzinnej Lidy, która została za wschodnią granicą.

Miałam iść na chemię politechniczną do Wrocławia lub Poznania, ale bratowa Ojca, kochana ciocia Wanda, napisała do Rodziców "po co dziecko ma się tułać po obcych, niech przyjeżdża do rodziny, do Gdańska".

Ciocia Wanda, wdowa po moim stryju, zastrzelonym w roku 1945 przez nieznanego sprawcę w woj. szczecińskim, przyjechała do Gdańska, aby "studiować" ze swoimi dziećmi Krysią i Andrzejem.

Ciocia Wanda mieszkała przy ul. Dzielnej, w domku blisko kolejki i al. K. Marksa (obecnie Hallera), w pokoju z przejściową kuchnią. Tam spędziłam moje pierwsze dni w Gdańsku.

Poznałam moje stryjeczne rodzeństwo - moją najbliższą rodzinę, jako że byłam jedynaczką.

Andrzej, światowy student III roku chemii wyśmiał moje prowincjonalne piątkowe świadectwo i zaczął przepytywać z fizyki.

Krysia, już mężatka, mieszkała przy ul. Chrzanowskiego, róg ul. Fornalskiej (obecnie Wilka-Krzyżanowskiego), też w pokoju z kuchnią, ale w nowym domu. Najbardziej lubiłam bawić się z malutką Ewą, córką Krysi, i wspólne spacery ścieżkami leśnymi za wałem. Wielkim wrażeniem była wyprawa ze szwagrem Dzidkiem tramwajem na plażę w Jelitkowie. Szwagier dobrotliwie pokpiwał z prowincjuszki, która czerwieniła się z byle powodu.

***

Tamten Wrzeszcz miał atmosferę opisaną przez P. Huelle w "Weiserze Dawidku", pamiętam prywatny (o dziwo!) sklepik przy ul. Chrzanowskiego lub Szymanowskiego ze słodyczami domowego wyrobu, landrynkami w "landrynkowych" kolorach i lemoniadą w butelkach zamykanych na kapsle na zawiasach.

Kiedy szło się wałem od kościoła przy ul. Gomółki w stronę kościoła w Brętowie, na zboczu wzgórza były ślady dawnego cmentarza. Miejsce to nocą - w świetle księżyca - wyglądało niesamowicie.

***

Politechnika przytłoczyła mnie swoją wielkością i poraziła urodą budynków.

Egzaminy zdałam i dostałam się na PG. Zamieszkałam w jedynym żeńskim akademiku nr 15 przy ul. Wyspiańskiego. Akademiki nr 9, 10, 15, 16, 17 były nowe, zbudowane parę lat wcześniej, na placu między budynkami a nasypem kolejki posadzono młode drzewka.

Dostałam miejsce na najwyższym, V piętrze, w pięcio-osobowym pokoju z dziewczynami z mojego roku. Szłyśmy na inaugurację roku akademickiego z warkoczami, w granatowych spódniczkach, białych bluzkach i białych skarpetach, z okna męskiej "9" wychylił się chłopak i wrzasnął "Patrzcie, pierszaczki idą!". W oknach się zaroiło, a nam plątały się nogi.

I tak, tą samą trasą - wzdłuż "9", pod wiaduktem, krótko Marksa, w prawo Konarskiego, przejście przez Grunwaldzką i aleję lipową na PG - chodziłam prawie codziennie przez 5 lat. Ulice te są takie jak wówczas.

Między PG a Grunwaldzką był stary poniemiecki cmentarz, w okolicy Święta Zmarłych zapalaliśmy na tych opuszczonych, niemieckich grobach znicze.

Przez pierwsze miesiące w akademiku budziła mnie o godz. 5 pierwsza kolejka, potem się przyzwyczaiłam.

Studia na chemii wiążą się z wieloma godzinami ćwiczeń laboratoryjnych. Bywały dni, że zajęcia trwały od 7 rano do 20 wieczorem. Nie było więc czasu na wychylenie głowy poza trasę akademik - uczelnia. Drobne przyjemności to było ciacho w Romie na Grunwaldzkiej lub lody w Eskimosie w pobliżu akademików. Lody były świetne, a w czasie sesji, kiedy brakowało czasu, aby pójść do stołówki w Bratniaku na terenie PG, te lody starczały za obiad. Zdarzały się też potańcówki w akademiku lub odwiedziny u cioci Wandy.


Po zaliczeniu I roku poczułam się pewniej i pozwoliłam sobie na wstąpienie do harcerskiej drużyny instruktorskiej Zodiak, założonej na PG w 1957 r. Razem ze mną do Zodiaku przyszły moje koleżanki z akademika. Nagle miałam dużo znajomych i przyjaciół w różnym wieku, z różnych wydziałów i różnych części miasta.

Zaczęły się wypady na Kaszuby, wspólne poznawanie Gdańska, w tym nocne spacery zimą nad morze. Zaczęłam widzieć Gdańsk poza Wrzeszczem.

***

We Wrzeszczu były jednak miejsca stałych spotkań "zodiakowców" - złaz rocznicowy na Byczym Wzgórzu. Kto wie, gdzie jest Bycze Wzgórze? Do dzisiaj się tam spotykamy w rocznicę powstania Kręgu Zodiak, tj. w styczniu. Nie zdradzę, gdzie to jest.

We Wrzeszczu były zaprzyjaźnione domy pp. Ciechanowiczów przy ul. Na Wzgórzu, pp. Kuropatwińskich przy ul. Danusi, gdzie urządzaliśmy sylwestry, śpiewaliśmy kolędy.

We Wrzeszczu też była rodzina. Krysia urodziła drugą córeczkę - Anię, dostali nowe mieszkanie przy ul. Chrzanowskiego, blisko starego. Byłam bardzo dumna, bo zostałam matką chrzestną Ani. Bardzo lubiłam bawić się z dziewczynkami i wyrywałam się do nich jak tylko czas pozwolił, co wiązało się ze spacerami w rejonie powstającego za wałem Osiedlem Młodych. Na górce nad osiedlem były tzw. lagry (to stąd, że w czasie wojny był tam obóz robotników przymusowych) i dalej aleją brzozową, która kończyła się polami, a nie jak dzisiaj osiedlu Niedźwiednik.

Lubiłam kino i teatr. W obecnym budynku opery odbywały się przedstawienia Teatru Wybrzeże. Grali w nim Cybulski, Fetting, Wł. Kowalski, jego żona Kępińska i chyba jeszcze B. Kobiela. Pamiętam przedstawienie "Smak miodu" z tymi aktorami. Już nie zdążyłam zobaczyć Bim-Bomu, ale widziałam ostatnie przedstawienie teatru "Co to", ale to w Żaku, w Gdańsku.

Na filmy chodziło się do kina Bajka przy Jaśkowej Dolinie i do Znicza przy ul. Szymanowskiego. Oba już nie istnieją. Nie bardzo było na co chodzić. Starałam się być na bieżąco z filmami polskimi, które nieoficjalnie uznawano za interesujące. Klub filmowy w klubie studenckim Żak dawał dostęp do arcydzieł światowych.

W 1962 r. władze rozwiązały naszą drużynę harcerską Zodiak, jako "element wsteczny i klerykalny", w tym samym roku na PG "przykładnie ukarano" studentów, którzy udali się na zjazd młodzieży w Częstochowie - moja koleżanka z pokoju dostała roczny urlop ze studiów.

Nawiasem mówiąc, "zodiakowcy" do dziś są razem, jak dawniej się spotykamy, urządzamy spływy kajakowe.

Niedaleko akademików, u zbiegu potoków Królewskiego i Strzyży jest miejsce prywatnie zwane "wronie gniazda", gdzie na wysokich drzewach było wiele kęp jemioły, które wyglądały wieczorem jak duże, ptasie gniazda. Tych drzew już nie ma, a miejsce zostało w romantycznych wspomnieniach.

Po IV roku studiów, w 1963 r., wyszłam za mąż. Na spacery rodzinne chodziliśmy już w większym gronie.

Pamiętam wyprawę z małymi kuzynkami - Sikorkami do leśniczówki Gołębiewo po choinkę.

Wówczas do ul. Reja w Sopocie można było z Wrzeszcza dojechać tramwajem, a dalej z saneczkami szliśmy pieszo.

Do cioci Wandy wpadało się, aby zapytać i odpowiedzieć na pytanie "co słychać?".

Ciocia Wanda zwykle miała coś do przekąszenia, co bardzo cenił mój mąż, wówczas zawsze głodny. 23 czerwca, na Wandy, na Dzielnej odbywały się uczty kresowe ze specjalnością cioci - pieczoną ziemniaczaną kiszką. Przychodziły zaciągające z wileńska panie.

***

W 1964 r. urodziłam syna, mieszkaliśmy we trójkę w akademiku nr 15, jako dyplomantka miałam osobny pokój. Wstawaliśmy przed godz. 6 i tramwajem woziliśmy synka do żłobka do stoczni, bo ciocia mojej koleżanki z roku była kierowniczką stoczniowego żłobka i tam miał dobrą opiekę (teraz pewnie sprawą zająłby się stosowny urząd, jako przypadkiem korupcji), potem biegiem na uczelnię, aby od godz. 8 być na PG. Znowu poruszałam się po Wrzeszczu po ściśle wytyczonych trasach.

Na początku 1965 r. obroniłam pracę dyplomową i trzeba było opuścić akademik.

Opuściliśmy też Wrzeszcz. Mieszkaliśmy w Świętym Wojciechu, na Targu Siennym. W kwietniu podjęłam pracę w Stoczni Gdańskiej, wówczas Lenina, i stocznia wynajęła dla nas mieszkanie w Sopocie przy ul. Kazimierza Wielkiego.


Część II

Moje rozstanie z Wrzeszczem nie trwało długo, bo w 1966 r. dostaliśmy mieszkanie spółdzielcze na Osiedlu Młodych, w "szafie". Formalnie to może Oliwa, choć granicą między dzielnicami jest chyba ul. Abrahama, ale dla mnie - Wrzeszcz. (Niech nikt nie myśli, że z mieszkaniami było wtedy tak świetnie, mieszkanie otrzymaliśmy dzięki zapobiegliwości moich teściów, którzy wnieśli wkład do spółdzielni wiele lat wcześniej).

Osiedle Młodych tonęło w zieleni i błocie, przynajmniej wokół naszej "szafy".

Za wał (wał - nasyp przedwojennej kolei do Kokoszek) pchaliśmy wózek z naszym synkiem, bo na tzw. placu przy ul. Chopina był żłobek, tam robiło się też zakupy, tam była apteka, poczta i przychodnia lekarska.

W 1967 r. urodziła się nasza córeczka, jeszcze na 36 m kw. ze ślepą kuchnią, ale już rok później udało się nam zamienić mieszkanie na większe, tzw. M4 - 46 m kw., z dwoma oddzielnymi pokojami i kuchnią z oknem.

Za tym oknem widać było piękniejące osiedle. Zarząd spółdzielni i mieszkańcy naprawdę dbali o nasze osiedle, mieliśmy poczucie, że na tym niewielkim terenie coś zależy od nas.

Każde wyjście do kościoła przy ul. Gomółki (nie tego Gomułki), ścieżką nad osiedlem, wzdłuż lasu, było przyjemnością. Zejście schodami w dół ze strony "szafy" dawało możliwość zajrzenia do ogrodu profesorowej Kurskiej pełnego wspaniałych kwiatów, głównie tulipanów.

Pracownicy PG dostali możliwość budowy prywatnych domów na niewielkim terenie naszego osiedla, co było szokiem i rewelacją.

Przed wałem, po naszej stronie, zbudowano szkołę i przedszkole. Były nasze, bo chodziły tam dzieci głównie z Osiedla Młodych. Na lagrach spółdzielnia założyła wyciąg narciarski i wieczorami, po położeniu dzieci spać, można było pojeździć na nartach na oświetlonym stoku.

Nasz krąg przyjaciół rozszerzył się o przyjaciół z osiedla, stoczni i politechniki, gdzie podjął pracę mój mąż. W tym dwupokojowym mieszkaniu, kiedy dzieci zasnęły w swoim pokoju, organizowaliśmy często spotkania, również z tańcami. Bywały też przyjęcia dla dzieci. Kiedy przychodziła dziesiątka kolegów syna, towarzystwo tak się kotłowało, że trzeba było gwizdkiem przywoływać ich na poczęstunek. Były to jednak dzieci żywiołowe, ale grzeczne.

***

We Wrzeszczu niewiele się zmieniało. W końcu lat 60. zbudowano tzw. burdelowiec (jak donosi mój kolega z Sydney, który tam mieszkał, budynek oddano do użytku 1967/68, a nazwa jest przereklamowana, bo "panienek" tam nie było), czyli wieżowiec przy Grunwaldzkiej.

Przy Grunwaldzkiej były czynne kawiarnie: Morska - do dziś istniejąca w pobliżu parkingu przy ul. Kilińskiego - i Akwarium, na rogu obecnej ul. Dmowskiego, bar mleczny Akademicki, do dziś tak samo nieźle karmiący swoich klientów, w tym studentów.

Z miejsc rozrywkowych, których znawcą nie jestem, była jeszcze Kwadratowa w Bratniaku na PG, gdzie już wtedy chyba zaczynał przygrywać znany i istniejący do dziś Detko Band.

W 1968 r. na PG odbył się wiec solidarności ze studentami warszawskimi pałowanymi przez milicję. W Gdańsku milicja też użyła pałek. Na Grunwaldzkiej wzdłuż PG były wykopy, bo kładziono podziemne sieci, pałowani wpadali do rowów, a pałownicy sobie używali.

Wydarzenia grudnia 1970 r. dotarły do mnie, pracownika stoczni, po raz pierwszy we Wrzeszczu, bo miałam na PG zajęcia na studium podyplomowym. Z górnych pięter było słychać strzały, widać było dymy.

W 1972 r. przeszłam ze stoczni do biura projektów Promor, które obsługiwało stocznie. Pierwotnie zlokalizowane w budynku Prozametu przy ul. Leningradzkiej (obecnie Podwale Przedmiejskie), w miarę rozrastania się pączkowało i kolejne moje miejsca pracy były we Wrzeszczu, przy ul. Wajdeloty w pałacyku przy Kuźniczkach, przy ul. Na Wzgórzu w domu prywatnym, przy ul. Matejki - róg Wassowskiego.

Każde z tych miejsc miało lokalny smaczek i urodę.

***

Polska gierkowska otwierała się po trochu na świat. W 1972 r., jeszcze jako pracownik stoczni pojechałam do Wielkiej Brytanii kupować nowoczesny sprzęt do malowania statków.


Mąż wyjechał na 1,5 roku do Australii. Ja zarabiałam w biurze projektów bardzo dobrze, bo obowiązywał "akord" tzn. płaca za pracę, a nie za siedzenie, i radziłam sobie na tyle dobrze, że mogłam pojechać prywatnie na Zachód, do Hiszpanii, oczywiście samochodem, z namiotem.

Konfrontacja Polski z Zachodem nie wypadła dla Polski dobrze, raczej - fatalnie. Ale nasze Osiedle Młodych było i na tym tle śliczne. Zbudowano tam tzw. okrąglak, atrakcyjnie położoną kawiarnię z widokiem na morze.

Na początku lat 70. jeszcze działało lotnisko na Zaspie, to na styku z Wrzeszczem, stamtąd wysyłałam syna na stoczniowe czy politechniczne kolonie w góry.

W Gdańsku rosły blokowiska na Przymorzu. W 1975 r. udało się nam kupić na Przymorzu kawalerkę dla moich rodziców i sprowadzić ich do Gdańska ze Świebodzina.

W 1973 r. zmarła nagle w wieku 62 lat ciocia Wanda. Zabrakło kochanej, ciepłej, bliskiej osoby, zostało zlikwidowane mieszkanie na Dzielnej.

Szwagier i brat stryjeczny pojechali na stypendia do Stanów. Ja na kilka miesięcy zostałam wysłana przez moje biuro do pracy na Maltę. W końcu lat 70. zmarli moi rodzice.

Świat się zmieniał, a Wrzeszcz nie bardzo.

***

W latach 70. na rodzinnej działce we Wrzeszczu zaczęła się budować, z zamiarem przeprowadzki do Gdańska z woj. gorzowskiego, moja druga siostra stryjeczna, która w latach 1940-1948 była poza Polską, bo przeżyła wywózkę do sowieckiego "raju". Założył rodzinę brat stryjeczny z Gdańska i też osiadł z rodziną we Wrzeszczu. Mieliśmy już klan rodzinny.

Przyszła burza Solidarności i stanu wojennego. Zapaść gospodarcza. Puste sklepy.

W 1980 r. urodziłam najmłodszą córkę. Strajki przeżywałam w naszej chacie na Kaszubach, potem poszłam z wózkiem odczytać 21 postulatów stoczniowych.

Była nas piątka i dalej mieszkaliśmy w dwóch pokojach - 9 i 24 m kw. Osiedle Młodych już nie cieszyło.

W 1981 r. dostaliśmy mieszkanie na Zaspie. Koleżanki dawały mi stare firanki, aby zasłonić okna na parterze. Mieszkanie było bez sprzętów, ale czteropokojowe, wygodne.

Tak na 10 lat rozstałam się z Wrzeszczem.

***

Zaspa to burzliwy czas Solidarności, konspiracji, współpracy z francuską Force Ouvriere, nieoficjalny Franciszkański Ruch Ekologiczny wspierany przez biskupa Gocłowskiego, msza papieska w 1987 r., dyskusja z władzą napisami na szczytach wysokich budynków, radość z Nobla Wałęsy wykrzyczana pod jego mieszkaniem w bloku itp.

***

Do Wrzeszcza wróciłam w 1991 r., do domu zbudowanego przez męża na osiedlu Podleśna-Zakoniczyn. Wróciłam już tylko z najmłodszą córką, starsze dzieci poszły na swoje, w 1992 r. założyły własne rodziny. Zamieszkaliśmy z owdowiałą mamą męża.

Osiedle Podleśna jest znowu śliczne, jak było Osiedlu Młodych. Położone na wzgórzu morenowym pozwala podziwiać widok na Wrzeszcz, zatokę, czasami - przy dobrej widoczności - widać Hel. Aby zbiec do Grunwaldzkiej, wystarczy 5-10 minut. Na grób rodziców i cioci Wandy też niedaleko, bo cmentarz Srebrzysko jest obok.

***


Teraz zmiany polityczne spowodowały szybkie zmiany w mieście. Zaczęło się dużo budować, piękniały istniejące budynki. Ludzie zaczęli bardziej dbać o swoje. Władze samorządowe mają swoje pieniądze i mogą realizować swoje plany.

W 1990 r. zgłosiłam się na konkurs na dyrektora wydziału ochrony środowiska i rolnictwa w Urzędzie Miejskim i zostałam wybrana.

Był to czas, kiedy było blisko od pomysłu do realizacji, jeżeli umiało się przekonać radnych i prezydenta.

Kierowany przeze mnie wydział m.in. realizował i finansował z funduszy ochrony środowiska przebudowę koryta potoku Strzyża płynącego przez Wrzeszcz. Oprócz przebudowy koryta staraliśmy się zmienić otoczenie potoku na bardziej estetyczne, z miejscami do spaceru i odpoczynku. Tak zrobiono w okolicy ul. Wajdeloty - za ul. Wyspiańskiego, przy Leczkowa powstał park nad Strzyżą, gdzie łączą się potoki Królewski i Strzyża. Koryto potoku Strzyża zostało przebudowane do jego ujścia do Martwej Wisły, z usunięciem dziesiątków nielegalnych garaży wiszących nad potokiem. Była niewąska awantura, a na moją głowę waliły się gromy. Najbliższa powódź w 2001 r. pokazała, że przebudowa koryta była niezbędna. W górze Strzyża potężnie wylała, a tu, w dolnym Wrzeszczu, wody wprawdzie wystąpiły z koryta, ale spłynęły nie czyniąc szkód, nawet nie zostały poszkodowane świeżo posadzone w parku nad Strzyżą kwiatki.

Browar też ładnie przebudował koryto potoku na swoim terenie. Niestety, na granicy parku Kuźniczki straszy niedokończona, opuszczona przez właściciela i nadzór budowlany hala.

Na placu Wybickiego pojawiła się piękna fontanna i ławeczka z motywami z "Blaszanego bębenka" G. Grassa.

Dolny Wrzeszcz był wpisywany do planów rewitalizacji dzielnicy. Na tym tle można puścić wodze fantazji i wyobrazić sobie, jak mogłaby ta dzielnica wyglądać, gdyby nie była biedna. W lasach komunalnych między ul. Jaśkowa Dolina a ul. Podleśną odtworzono dawny Teatr Leśny, i bywają tam bardzo sympatyczne imprezy, jeżeli nie są zbyt głośne. Odtworzono altanę Gutenberga.

W górnym biegu Strzyży Rada Miasta Gdańska utworzyła zespół przyrodniczo-krajobrazowy, który jest obszarem prawnie chronionym i mógłby być piękny, gdyby zrealizowane zostały plany, które były związane z utworzeniem zespołu. Na razie zespół rozjeżdżają wozy terenowe, a niechluje zrzucają tam nielegalnie odpady.

W Królewskiej Dolinie nad potokiem o tej samej nazwie został utworzony przyjemny park.

Te wszystkie miejsca odwiedzam, aby zobaczyć, co się tam dzieje i w związku z czym doznaję zgryzoty albo radości, staram się, aby poznały je moje wnuki.

***

W 1997 r. Gdańsk obchodził swoje tysiąclecie, a ja, przy wspomaganiu gdańskiej rodziny, zorganizowałam zjazd rodzinny. Zebrało się ponad 30 osób, łącznie z kuzynem z Paryża. Bawiliśmy w domkach letnich na Kaszubach i we Wrzeszczu w domach członków rodzin, msza za rodzinę odbyła się w kościele garnizonowym przy ul. Matejki. Zjazd tak się spodobał, że po 10 latach w 2007 r. został powtórzony, tym razem poza Gdańskiem.

***

O ostatnich dużych zmianach we Wrzeszczu nie warto pisać, bo je widać - przebudowany na McDonalda budynek związany z transportem miejskim, zmiana wylotu ul. Partyzantów do Jaśkowej Doliny, przebudowany budynek, gdzie dawniej mieściły się władze Solidarności, remont wiaduktu przy ul. Kościuszki, nowy budynek Lidla w miejscu starego magazynu, nowe obiekty - Manhattan tam, gdzie były małe sklepiki, w tym świetny sklep znany jako "Pod kominkiem", w którym można było kupić prawie wszystko, Galeria Bałtycka w miejscu budynków Spółdzielni Mleczarskiej Maćkowy, z których hałas i spaliny dokuczały okolicznym mieszkańcom, remont i przebudowa kolejnych budynków dawnych koszar. Trwa dyskusja na temat budowy drugiego wieżowca, czy grupy wieżowców na miejscu zlikwidowanych obiektów handlowych przy ul. Partyzantów, na styku z lasem.

Cieszą mnie zaproszenia na spotkania organizowane w szkole przy ul. Matki Polki przez KIL Wrzeszcz, gdzie prezentowana jest przeszłość dzielnicy i plany na przyszłość.

***

Wrzeszcz to wspomnienia moich 40 lat życia, dużo tego, ale skoro zmusiłam się do spojrzenia wstecz, napisałam wszystko, co sobie przypomniałam.

Gdańsk-Wrzeszcz, 9 marca 2009


Jadwiga ze Stołyhwów Kopeć

villaoliva - 2009-06-04, 19:17

Barwna Orunia

Na cygańską łąkę schodziło się z ul. Równej na Oruni. Do końca lat 90. stały na niej baraki hufca OHP, zamienione kilka lat przed powodzią w lipcu 2001 r. na mieszkania i ośrodek św. brata Alberta. Dziś już ich nie ma, a na ich miejscu stanął nowoczesny budynek. Według moich obserwacji wybudowano go niepotrzebnie, bo ten teren od kilku lat obniża się i za jakiś czas zmieni się w grzęzawisko. Jest to proces nieodwracalny, a dlaczego, napiszę później.

Pod koniec lat 50. i na początku lat 60. my, chłopaki mieszkający w okolicy tej łąki, czyli Równej, Kolonii Zaranie, Kolonii Orki, Kolonii Roli i Kolonii Mysiej przychodziliśmy czasami z rana przyglądać się z daleka, jak żyją Cyganie, którzy co roku taborem zjeżdżali na tę łąkę. Zawsze coś tam się działo. Słychać było kłótnie i wrzaski dzieci. Zdarzały się też poważne nieporozumienia, bo do dziś pamiętam sytuację, w której jeden Cygan z nożem w ręce gonił drugiego. Wpadli oni pomiędzy wozy, a za nimi pobiegła cała dorosła część taboru. Chyba rozdzielano zwaśnionych mężczyzn, bo nie pamiętam, żeby przyjeżdżało pogotowie. Podziwialiśmy kolorowe stroje, szczególnie Cyganek, a wieczorami przyglądaliśmy się ich zabawom przy ognisku rozpalonym na środku łąki. Od połowy lat 60. Cyganie już tam nie przyjeżdżali.

Rejon, który opisuję, to raczej peryferia Oruni. Po obu stronach tych uliczek, o których pisałem wyżej, stały domki, mające w założeniu być domkami letniskowymi, a dla mniej zamożnych rodzin mieszkalnymi. Przed wojną mieszkali w nich sami Niemcy. Właściciel tego terenu mieszkający wtedy w bloku stojącym do dziś, a mieszczącym się przy ul. Równej, pomiędzy ul. Kolonia Orka i Kolonia Rola, jeszcze przed ostatnią wojną podzielił swoją posiadłość na działki i sprzedał je. Tak powstało to osiedle bieda domków, na którym prawie ostatecznie i nieodwracalnie postawiła krzyżyk powódź z 2001 r. Wiele z domków stojących w tych kwartałach zniszczyły pod koniec wojny rosyjskie bombardowania. Ci niemieccy lokatorzy, którzy przeżyli, nawet ci z ocalałych domów uciekli, pozostawiając ich wyposażenie i nigdy do nich nie powrócili. Po wojnie zasiedlali ocalałe domki powracający z wojennych ścieżek gdańszczanie i ci, co chcieli się w Gdańsku osiedlić. Nie mieli z tym problemów i nie było też problemów z zagospodarowaniem się, bo ci, którzy pojawiali się pierwsi, dobierali sprzęty z ocalałych i niezamieszkałych jeszcze domów. Na parcelach, na których bomby zmiotły domy, osadnicy zakładali działki warzywno-kwietne oraz obsadzali je drzewkami owocowymi. My mieszkaliśmy przy ul. Kolonia Orka 11, a dodatkową działkę warzywną mieliśmy przy sąsiedniej ul. Kolonii Zaranie. Właściciel zburzonego domu stojącego przed wojną na tej działce musiał być kolekcjonerem numizmatykiem i militarystą, bo przez lata uprawiania tej działki tata wydobył z ziemi dużo różnych monet i kilka sztuk zardzewiałej białej broni.

Nasze życie w kwartałach tych ulic było równie barwne jak cygańskie w ich taborach. Nie przemieszczaliśmy się tak jak oni, ale problemów nigdy nie brakowało. Klany swojaków trzymały się razem, to znaczy takich, którzy zjechali z jednego rejonu Polski. Zawsze znajdowały się powody do kłótni, albo o dzieci, czyli o nas, albo wytykano sobie pochodzenie. Czasami kłótnie były tak śliczne, że aż godne kamery. Nieraz pokazywano sobie przez długość ulicy gołe tyłki! Potem z biegiem czasu takie swary wyciszały się, a my dzieciaki szybko się godziliśmy. Jednoczyły nas wieczorne zloty na uliczkach. Nie było wtedy jeszcze telewizorów ani komputerów, więc uprawialiśmy różne sporty, a do gry w piłkę nożną przenosiliśmy się na okoliczne łąki. Kiedy na cygańskiej łące nie było Cyganów, graliśmy tam, o dziwo, w bejsbol. Nazywaliśmy go palantem. Były bazy, dwie drużyny i wystrugane z gałęzi kije. Nie mieliśmy wtedy oryginalnych pałek. Może to i dobrze.

Wszystkie pory roku tam na naszej Oruni miały swój urok. Jedyną uciążliwością, ale to jedynie z dzisiejszego punktu widzenia, było ciągłe rozpalanie w kuchniach, a zimą dodatkowo w piecach, lecz latem i jesienią nasze ogródki i działki były kolorowe od kwiatów, warzyw i owoców. Wszystko, co było w nadmiarze, udawało się sprzedawać rodzicom koło hali w Gdańsku. Kiedyś nie było z tym problemu. Teraz z jakichś dziwnych powodów straż miejska wygania spod hali i innych dogodnych miejsc wciąż biednych mieszkańców Oruni i innych peryferyjnych dzielnic, chcących dorobić sobie handlem do marnych rent i emerytur.

Bywało w niektórych latach tak, że jesienne deszcze nie zdołały spłynąć do Motławy ani wsiąknąć i te rozlewiska na nieużytkach i łąkach zimą zamarzały. Każdy z nas miał łyżwy. Ja miałem takie śniegowe z zakręconymi do góry nosami. Szliśmy na takie lodowiska, przykręcaliśmy łyżwy do butów, rozpinaliśmy kurtki, rozkładając ich poły na wzór nietoperzych skrzydeł i dawaliśmy się pędzić wiatrowi po tych zamarzniętych rozlewiskach. Zdarzało się w innych sytuacjach, co bardziej nierozważnym z nas, trzymanie się kufra ruszającego na ul. Równej samochodu. Ulica ta była równą tylko z nazwy i dopiero w 2001 r. przed powodzią solidnie ją wyremontowano, kiedy przedłużono do ul. Gościnnej linię autobusu nr 123. Samochód się rozpędzał, a kaskader gnał za nim tak długo, jak długo mógł się utrzymać na nogach. Najczęściej delikwent przewracał się i nabijał sobie guza albo ścierał sobie twarz. Nie wiem do dziś, jak to się działo, że nikt się nie połamał i nie zabił. Pewnie z tego powodu nikt nie uczył się na błędach i chłopaki ciągle ponawiali próby jazdy na przyczepkę.

Latem naszym kąpieliskiem były odcinki Motławy wolne od wodnych zarośli w okolicy żelaznego mostu kolejowego. Nie pamiętam, jaki to był dokładnie rok, ale chyba 1962. Pod ten most przychodził mężczyzna. Wspaniale skakał do wody. Wspinał się po konstrukcji na jego szczyt i piękną jaskółką szybował do wody. Często go podziwialiśmy, aż w końcu sam postanowiłem skoczyć. Nie potrafiłem tak jak on, ale chciałem choć na nogi, bo tak robiło kilku innych decydujących się na skok ze szczytu mostu. Zdołałem namówić do tego mojego kolegę Fredka Pawlaczyka, który powiedział, że skoczy, jeżeli ja skoczę pierwszy. Weszliśmy po nitach na szczyt i usiedliśmy na szerokiej konstrukcji. Nie kręciło mi się w głowie, ale strach mnie obleciał. Rozglądaliśmy się wkoło. Na południe, aż po Pruszcz, ciągnęły się zielone pola. Po lewej stronie na wschód widzieliśmy zabudowania Olszynki, po prawej wzniesienia morenowe, za plecami panoramę Gdańska. Stawaliśmy i siadaliśmy na przemian, nie mogąc się zdecydować. Pod mostem na wale zebrała się grupa ludzi i głupio było zejść. Chyba skończyłoby się na zejściu i wstydzie, gdyby nie pociąg. Wtedy po tej trasie nie jeździły elektrowozy, tylko parowozy ciągnęły składy. Krzyknięto do nas, że jedzie pociąg. Odwróciliśmy głowy w tym kierunku i zobaczyliśmy, że od strony Olszynki nadjeżdża pociąg towarowy, a lokomotywa wypuszcza z komina tumany czarnego, gęstego dymu. Albo palacz zobaczył nas z daleka i celowo otworzył zawór komina na cały przepust albo był to przypadek. Musiałem podjąć szybką decyzję. O zejściu nie było mowy, za mało było czasu. Mogliśmy zatonąć w chmurze czarnego dymu albo skoczyć. Nie wiem, jaki ładunek adrenaliny się we mnie uwolnił, ale wstałem i skoczyłem. Kiedy wynurzyłem głowę na powierzchnię, zobaczyłem, że Fredek wpadł do wody obok mnie. Nie wiem, co by było, gdybym wynurzał się ukośnie? Chyba by nas obu już nie było. Wyszliśmy z wody, a ja z resztą niespalonej skokiem adrenaliny, puściłem się szczytem wału i biegłem tak długo, aż nie poczułem zmęczenia. Zatrzymałem się i powoli wracałem do kolegów.

Zdarzało mi się widzieć w tym czasie Kazimierza Zimnego - olimpijczyka biegnącego tym wałem wzdłuż Motławy w kierunku Krępiec. Przyjemnie było na niego patrzeć. Zawsze biegł równym, szybkim tempem. Ja w tym czasie nie zawsze mogłem spokojnie usiedzieć w domu. Miałem zainteresowania, których koledzy nie przejawiali. Lubiłem pójść do opery. Interesowałem się astronomią, sportem, aż w końcu pociągnęło mnie do klubu. Pojechałem do GKS-u Wybrzeże i spytałem trenera, czy by mnie nie przyjął do sekcji. Przyjął mnie do swojej grupy miotaczy i dostałem dres. To była frajda dostać dres. Trenerem tam był Mieczysław Łomowski, powojenny olimpijczyk, startujący w pchnięciu kulą i rzucie dyskiem. Był kilkakrotnym mistrzem Polski w tych dyscyplinach. Pod koniec lat 60. zginął w wypadku samochodowym pod Tczewem. Nie uwierzycie. W tej grupie, do której mnie przyjął, w tym czasie pod jego skrzydłami trenował wesołek Władysław Komar, mistrz Polski w dziesięcioboju Jerzy Detko i późniejszy znany rugbista gdańskiej Lechii Klockowski. Przez dwa lata, zanim nie poszedłem do wojska w 1966 r., byłem kolegą klubowym tych wspaniałych sportowców. Nie wiem, co się dziś dzieje z Klockowskim. Komar kilka lat temu poszedł przywitać się ze swoim byłym trenerem klubowym, a pan Detko prowadzi swój bardzo dobry zespół Detko Band.

Cyganie już się na cygańskiej łące nie pokazywali. Potem w jej okolicy przy ul. Ubocze wybudowano szkołę tysiąclatkę nr 16. Ulica ta łączy się z ul. Serbską i do tego miejsca dochodził rów melioracyjny biegnący od ul. Równej. Po wojnie mieszkańcy wyżej wymienionych Kolonii, robiąc sobie skrót do domów, wydeptali do Równej ścieżkę wzdłuż tego rowu. Ta ścieżka do dziś zamieniła się w ulicę i choć oficjalnie nazywa się Serbska, to dla nas zawsze była ona Błotnią. Dziurawa po deszczach zawsze była pełna kałuż i błota. W tamtych latach po obu stronach rowu i Błotniej były działki ogrodnicze. Po kilku latach na tych od strony północnej powstał zakład prefabrykacji, który pogrzebał wspomnienie po nich i po chemikaliach, czyli plantacjach chmielu istniejących przed wiekami w tym rejonie. Działki po południowej stronie tej ulicy trochę później zaczęły podmakać i się zapadać. Wzdłuż tego rowu od styku ul. Ubocze i Serbskiej od Równej rosło ze 40 wierzb. Miałem wtedy jakieś 12 lat, a urodziłem się w 1946 r. i wracając ze szkoły mieszczącej się przy ul. Brzegi, zatrzymałem się na początku Błotniej u styku Ubocze i Serbskiej, spojrzałem na wierzby i postanowiłem je wszystkie zdobyć. Stawiałem tyczkę pod drzewem i na każde wspinałem się tak wysoko jak tylko mogłem. Chyba z godzinę pokonywałem ten trzystumetrowy odcinek ul. Błotniej.

Mojej szkoły przy ul. Brzegi od wielu lat już nie ma. W budynkach po niej siedzibę ma Cezas i inne firmy. Po tej szkole nr 8, założonej w XVIII w. przez jezuitów, do której w drugiej połowie tego wieku uczęszczał, i chyba z powodu jezuickiego rygoru nie ukończył, Józef Wybicki - twórca polskiego hymnu narodowego "Jeszcze Polska nie zginęła", pozostało wspomnienie. Utkwiła mi w pamięci woźna tej szkoły, którą przezywaliśmy "Pepisa". Była to końcówka lat 50. Skąd to przezwisko? Pani woźna, nie pamiętam jej prawdziwego nazwiska, zawsze ganiała brojących chłopaków, krzycząc, że nie można tego, że nie można tamtego. Na pytanie, dlaczego nie można, odpowiadała, że takie są przepisy. Tylko że te przepisy w jej ustach brzmiały jak "pepisy" i z tego powodu przylgnęło do niej to przezwisko.

W moich ostatnich latach podstawówki w tej szkole, wychowawcą naszym był Henryk Pudlis, wtedy nauczyciel WF-u i historii. Nieraz w gabinecie historycznym cepem wybijał nam z tyłków młodzieńcze wygłupy. Potem pan Pudlis przez wiele lat był trenerem piłki ręcznej kobiet w gdańskim Starcie i AWF-ie. Wyszkolił wiele reprezentantek kraju. Pełnił też funkcje w zarządzie Gdańska i był dyrektorem szkoły na gdańskiej Zaspie.

Wracam czasami w rejon cygańskiej łąki, ul. Równej, wszystkich Kolonii i Błotniej. Zostało na niej tylko kilka wierzb z tej czterdziestki. Większość upadła ze starości, część przewróciły silne wiatry. To zapadlisko po południowej stronie Błotniej jest dziwne. Żadne odwodnienia nie pomogły. W tym miejscu powstało nieduże jeziorko. Posiały się tam rośliny wodne i bagienne, i nawet kaczki zakładające swoje gniazda w szuwarach, czasami tu przysiadają. To zapadlisko sięga terenu dawnych cygańskich łąk i uważam, że w tym miejscu nie powinno się niczego budować. W czasie powodzi ten teren był najbardziej zalany. To zapadanie się ma tendencję postępującą, bo tereny znajdujące się jeszcze odrobinę wyżej, po drugiej stronie ul. Równej, też nie nadają się pod uprawy, bo nawet latem są podmokłe. Jeżeli nie myli mnie moje przeczucie, to ten rejon wraz ze starym miastem za kilkaset lat, a najpóźniej w przyszłym tysiącleciu stanie się dnem powiększonej Zatoki Gdańskiej. Gdańsk przeniesie się na wzgórza morenowe!

Jerzy Kałucki

Dorota S. - 2010-03-13, 12:10

"Pojechałem do GKS-u Wybrzeże i spytałem trenera, czy by mnie nie przyjął do sekcji. Przyjął mnie do swojej grupy miotaczy i dostałem dres. To była frajda dostać dres. Trenerem tam był Mieczysław Łomowski, powojenny olimpijczyk, startujący w pchnięciu kulą i rzucie dyskiem. Był kilkakrotnym mistrzem Polski "

Mieczyslaw Lomowski byl moim rodzonym dziadkiem. Szukam wszelkich wiadomosci o nim oraz Video. Mieczyslaw Lomowski mial dwoje dzieci Andrzeja i Wande. Babcia Maria z domu Zboromirska byla jego zona. Pozniej uciekla od niego i ukryla siebie z dziecmi. Wszyscy kiedys mieszkali w Wilnie. Moja mama Wanda, rowniez byla kulomiotka.

Po smierci babci wyszlo na jaw kto byl moim prawdziwym dziadkiem. Wiem, ze dziadka pochowano na Srebrzysku.

Czy moglby mi Pan dalej pomoc? Czy ktokolwiek moglby mi dalej pomoc?

Wnuczka Mieczyslawa Lomowskiego, w tej chwili spiewaczka operowa

Jarek z Wrzeszcza - 2010-05-21, 21:40

Czy mógłby mnie ktoś oświecić jaki był finał ten akcji i kiedy się ona skończyła? Zdaje się, że mi umknęło...
villaoliva - 2010-05-22, 00:17

Miała pojawić się publikacja zbiorcza. Na razie cisza panuje na ten temat.
villaoliva - 2015-01-22, 22:41
Temat postu: Krzysztof Kolberger patronem IX LO w Gdańsku
To się chyba dobrze wpisuje w nazwę tego wątku.

Krzysztof Kolberger patronem IX LO
Cytat:
Krzysztof Kolberger został patronem IX Liceum Ogólnokształcącego na Strzyży. W czasach gdy znany aktor chodził do tej szkoły, działała ona w budynku przy ul. Bażyńskiego w Oliwie.



danzigerek - 2015-02-01, 05:59

hEJ SKĄD MASZ TEN FILMIK? cZYZBYŚ BYŁ NA NASZEJ URIOCZYSTOŚCI?
villaoliva - 2015-02-01, 11:53

Tak :flaga:
villaoliva - 2015-04-08, 13:49
Temat postu: Gdańsk dawniej Danzig, 1945 -1955
Gdańsk – dawniej Danzig, 1945–1955. Miasto – ludzie – pamięć


26 i 27 marca odbyła się świetna konferencja.

Poniżej informacja prasowa oraz nagrane niektóre części konferencji.

Cytat:
Konferencja naukowa "Gdańsk – dawniej Danzig, 1945–1955. Miasto – ludzie – pamięć"
Data: 26 i 27 marca 2015 r.
Godzina: Rozpoczęcie 9.00
Miejsce: Europejskie Centrum Solidarności pl. Solidarności 1, Gdańsk

Organizator: Europejskie Centrum Solidarności
Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej oraz Europejskim Centrum Solidarności zapraszają do udziału w konferencji naukowej

„Gdańsk – dawniej Danzig, 1945–1955. Miasto – ludzie – pamięć”

Mija siedemdziesiąt lat od jednej z najbardziej brzemiennych dat w tysiącletniej historii Gdańska. 30 marca 1945 r. zniszczone miasto zostało zdobyte przez wojska sowieckie wspomagane przez oddziały polskie oraz włączone do granic kształtowanej na nowo Polski. W wyniku II wojny światowej nastąpiła rzecz wcześniej niewyobrażalna: Gdańsk polski – myśl dla Niemców nie do zaakceptowania stał się faktem. To co dla Polaków było spełnieniem sprawiedliwości dziejowej, dla Niemców stało się symbolem cierpień i krzywdy.

Rok 1945 to w dziejach Gdańska zarówno wygnanie i rozproszenie dotychczasowej niemieckiej ludności, jak i początek przybywania i integrowania się wokół historii i idei Miasta nowych, polskich gdańszczan. Przeszłość Miasta została na nowo zdefiniowana, postaciom historycznym nadano polskie imiona. Rodził się nowy Gdańsk, a zarazem – poprzez selektywną rekonstrukcję materii i pamięci – pozostawał czymś starym.

Warto skorzystać z Jubileuszu i spotkać się w gronie zarówno tych, którzy byli świadkami wydarzeń towarzyszących pierwszej powojennej dekadzie Gdańska, jak i historyków, którzy na podstawie źródeł, rekonstruują dzieje Miasta i pamięć o tym czasie.

Kuratorami konferencji są prof. Edmund Kizik (Instytut Historii PAN, Pracownia Historii Gdańska i Dziejów Morskich Polski) i prof. Mirosław Golon (Instytut Pamięci Narodowej); funkcję sekretarza konferencji pełni dr Sylwia Bykowska.

wydarzenie | Konferencja naukowa „Gdańsk 1945–1955. Miasto – ludzie – pamięć”
miejsce | Europejskie Centrum Solidarności, Audytorium, pl. Solidarności 1
data | 26–27 marca 2015, czwartek–piątek
wstęp | wolny

Program konferencji
26 marca 2015 (czwartek)
9.45 – 10.00: Powitanie gości: dyrektor Europejskiego Centrum Solidarności Basil Kerski
10.00 – 10.15: Otwarcie konferencji: prof. Edmund Kizik, prof. Mirosław Golon
10.20 – 10.40: Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, Moje gdańskie podwórko

Świadkowie: historia przeżyta
10.45 – 11.15: Henryka Flisykowska-Kledzik, Andrzej Flisykowski, rozmowę prowadzi prof. Grzegorz Berendt
11.20 – 11.50: prof. Wiesław Gruszkowski, rozmowę prowadzi dr Jacek Friedrich
11.55 – 12.25: dr Jerzy Wiśniewski, rozmowę prowadzi prof. Edmund Kizik
12.45 – 13.15: prof. Barbara Krupa-Wojciechowska, rozmowę prowadzi dr Sylwia Bykowska
13.20 – 13.50: Barbara Brzeska-Siemianowska, rozmowę prowadzi prof. Edmund Kizik
13.55 – 14.25: prof. Jerzy Kmieciński, rozmowę prowadzi prof. Edmund Kizik
14.30 – 15.00: prof. Jerzy Młynarczyk, rozmowę prowadzi dr Sylwia Bykowska
dyskusja 15.00 – 15.30
16.30 – 17. 15: projekcja filmu: Koniec i Początek, reż. Paweł Zbierski, 2015, prod. TVP Gdańsk.
17.30 – 19.00 przedstawienie międzynarodowych projektów badawczych:
prof. Edmund Kizik (Gdańsk), prof. Hans-Jürgen Bömelburg (Giessen), prof. Alvydas Nikžentaitis (Wilno): Gdańsk/Danzig – Vilnius/Wilno: historie paralelne 1920–2014. Transformacje historii i pamięci zbiorowej w Europie Środkowej.
prof. Mirosław Golon, prof. dr hab. Edmund Kizik: Historii Gdańska: tom 6. 1945–1970. Problemy badawcze
dr Sylwia Bykowska: Audiowizualne archiwum historii Gdańska 1945–1970. Relacje świadków
dyskusja

27 marca 2015
Badacze: historia nieprzeżyta. Przeszłość w badaniach historycznych

Panel 1: Miasto: zniszczenia, odbudowa, rekonstrukcja
9.00 – 9.30: dr Jacek Friedrich (Gdynia): Odbudowa historycznego centrum Gdańska
9.30 – 10.00: prof. Marcin Gawlicki (Lublin – Gdańsk): Konserwatorska koncepcja odbudowy kościołów Gdańska po zniszczeniach 1945 roku
10.00 – 10.30: prof. Mirosław Golon (Gdańsk – Toruń): Odbudowa przemysłu stoczniowego w Gdańsku w latach 194–1946
dyskusja 10.30 – 11.00

Panel 2: Ludzie: wygnanie i przybywanie, polityka i społeczeństwo
11.30 – 12.00: dr Sylwia Bykowska (Gdańsk): Gdańsk 1945–1950. Kształtowanie się ludności miasta
12.00 – 12.30: prof. Maciej Hejger (Słupsk): Mniejszość niemiecka w Gdańsku po 1945 r.
12.30 – 13.00: prof. Igor Hałagida (Gdańsk): Napływowe mniejszości wyznaniowe i narodowe w Gdańsku
dyskusja 13.00 – 13.30

Panel 3 Pamięć: kształty przeszłości historycznej
15.00 – 15.30: dr hab. Peter Oliver Loew (Darmstadt): Rozproszony Danzig. Niemieccy gdańszczanie i trauma utraty, 1945-1955
15.30 – 16.00: dr Bogusław Gogol (Gdańsk): Cenzura wobec przeszłości historycznej Gdańska
16.00 – 16.30: prof. Grzegorz Berendt (Gdańsk): Powrót nad Bałtyk. Gdańsk w przekazach prasy polskiej w I połowie 1945 r.
16. 30 – 17.00: prof. Edmund Kizik (Gdańsk): Uroczystości 500-lecia powrotu Gdańska do macierzy w 1954 r.
17.00 – 17.30: Jan Daniluk (Gdańsk): Oswajanie przestrzeni. Zmiany w nazewnictwie miejskim Gdańska w pierwszych latach powojennych
dyskusja i podsumowanie konferencji 17.30 – 18.00










CDN

villaoliva - 2015-04-17, 19:26

Gdańsk – dawniej Danzig, 1945–1955. Miasto – ludzie – pamięć
Czas na kolejne części konferencji:















Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group