Wolne Forum Gdańsk
Forum miłośników Gdańska i Pomorza

Historia - Czerwone Gitary i trójmiejski Big - Bit

Tangens - 2009-01-23, 02:49
Temat postu: Czerwone Gitary i trójmiejski Big - Bit
W tej wyliczance zabrakło jednego bardzo ważnego, a moze nawet najważniejszego w historii tego lokalu wydarzenia: powstanie Czerwonych Gitar!

[ Komentarz dodany przez: villaoliva: 2009-01-23, 19:10 ]
Temat wydzielony z wątku o :arrow: restauracji Cristal we Wrzeszczu

villaoliva - 2009-01-23, 09:33

Ja zawsze myślałem, że to Non Stop.
Masz rację. Za wiki:
Cytat:
Czerwone Gitary – polski zespół muzyczny, założony przez Jerzego Kosselę i Henryka Zomerskiego 3 stycznia 1965 roku, w kawiarni "Crystal" w Gdańsku Wrzeszczu.

Tangens - 2009-01-23, 12:59

villaoliva napisał/a:
Ja zawsze myślałem, że to Non Stop.
Masz rację. Za wiki:
Cytat:
Czerwone Gitary – polski zespół muzyczny, założony przez Jerzego Kosselę i Henryka Zomerskiego 3 stycznia 1965 roku, w kawiarni "Crystal" w Gdańsku Wrzeszczu.
W takim razie poproszę o punkcik. ;-)
villaoliva - 2009-01-23, 13:11

Proszę bardzo :-)
Jagst - 2009-01-23, 18:12

Tangens napisał/a:
W tej wyliczance zabrakło jednego bardzo ważnego, a moze nawet najważniejszego w historii tego lokalu wydarzenia: powstanie Czerwonych Gitar!

Według książki Marka Gaszyńskiego, pomysł nowego zespołu powstał w lecie 1964 roku, w grudniu tegoż roku był już ustalony skład osobowy (bez Krajewskiego, za to z Wydrzyckim) i nazwa "Czerwone Gitary". Członkowie nowego zespołu w sylwestra 1964 odeszli z "Pięciolinii".

A w Cristalu 3 stycznia 1965 już nic nie powstało, wtedy odbyło się tylko pierwsze spotkanie-zebranie nowego zespołu, jednak bez Czesława Wydrzyckiego w składzie. Uznanie tej daty i tego miejsca za datę i miejsce powstania Czerwonych Gitar może być najwyżej umowne.

Tangens - 2009-01-23, 18:55

Jagst napisał/a:
Tangens napisał/a:
W tej wyliczance zabrakło jednego bardzo ważnego, a moze nawet najważniejszego w historii tego lokalu wydarzenia: powstanie Czerwonych Gitar!

Według książki Marka Gaszyńskiego, pomysł nowego zespołu powstał w lecie 1964 roku, w grudniu tegoż roku był już ustalony skład osobowy (bez Krajewskiego, za to z Wydrzyckim) i nazwa "Czerwone Gitary". Członkowie nowego zespołu w sylwestra 1964 odeszli z "Pięciolinii".

A w Cristalu 3 stycznia 1965 już nic nie powstało, wtedy odbyło się tylko pierwsze spotkanie-zebranie nowego zespołu, jednak bez Czesława Wydrzyckiego w składzie. Uznanie tej daty i tego miejsca za datę i miejsce powstania Czerwonych Gitar może być najwyżej umowne.
Czyżby pierwsze zebranie nie było początkiem działaności? Polecam http://www.czerwonegitary.pl/biografia.html w końcu oficjalną stronę zespołu, że nie wspomnę o cytowanym wyżej przez Villaolivę fragmencie Wikipedii. Zresztą nie spotkałem dotąd publikacji, która by podawała inną oficjalną datę i miejsce powstania zespołu.
Jagst - 2009-01-23, 19:08

Tangens napisał/a:
Czyżby pierwsze zebranie nie było początkiem działaności? Zresztą nie spotkałem dotąd publikacji, która by podawała inną oficjalną datę i miejsce powstania zespołu.

Data i miejsce pada tez we wspomnianej przeze mnie książce, ale "pierwsze zebranie", "początek działalności" i "powstanie [czegoś]" to jednak nie jest to samo.

Tangens - 2009-02-07, 00:13

Może i nie to samo, ale chyba nie ma sensu kwestionować daty, którą podają sami członkowie zespołu.
Do diabła z formalizmem. Proponuję rozmowę nt. samych Czerwonych Gitar. Na czym Waszym zdaniem polegał ich fenomen?

feyg - 2009-02-07, 12:41

Tangens napisał/a:

Do diabła z formalizmem. Proponuję rozmowę nt. samych Czerwonych Gitar. Na czym Waszym zdaniem polegał ich fenomen?

Wydaje mi się (za młody jestem :hihi: ) że trafili w gusta publiczności, znaleźli się się we właściwym czasie i miejscu. Na Wybrzeżu w owym czasie (w sumie to do końca minionego ustroju) było najłatwiej o płyty z zachodu przywożone przez marynarzy. W skromnej płytotece mojego ojca wśród płyt Abby, Toma Jonesa i przeróżnych akordeonistów :evil: znalazła się również "dwójka" Czerwonych Gitar ;-)

Jagst - 2009-02-07, 13:47

Grali dość lekko łatwo, melodyjnie i skocznie, i w dodatku trochę przypominali Beatlesów. Rockowy pazur Krzysztofa Klenczona zniknął w 1970 roku (wtedy kiedy i Beatlesi przestali istnieć formalnie ;-) ) i zespół stał się cukierkową papką do telewizyjnych i radiowych koncertów życzeń, co w latach 70-ych z pewnością też przydało im popularności. Byli dość poprawni, żeby trafić w szerokie gusta i jednocześnie nie wadzić zbytnio władzy.

Osobiście dużo wyżej cenię muzykę Skaldów i Breakoutu - ale te zespoły u nas tylko bywały, a nie były stąd.

Tangens - 2009-02-07, 16:38

feyg napisał/a:
W skromnej płytotece mojego ojca wśród płyt Abby, Toma Jonesa i przeróżnych akordeonistów :evil: znalazła się również "dwójka" Czerwonych Gitar ;-)
Pamięć trochę szwankuje, ale ta dwójka na okładce to chyba numer longplay'a czyli płyty długogrającej, na której znajdowały się takie przeboje jak Wędrowne Gitary, Cztery pory roku, Nikt na świecie nie wie, Przed pierwszym balem, Co za dziewczyna, czy Jestem malarzem nieszczęśliwym.
Pamiętam też taką dość fajną skromną okładkę do czwórki z kolędami, gdzie cienie na koszulach im się tak rozłożyły, że na pierwszy rzut oka wyglądali jakby byli w koszulkach AC Milan. :hyhy:
Jagst napisał/a:
Osobiście dużo wyżej cenię muzykę Skaldów i Breakoutu - ale te zespoły u nas tylko bywały, a nie były stąd.
Ja na początku, jak chyba wszyscy, byłem urzeczony Czerwonymi Gitarami. Później, jak chyba też wszyscy, coraz bardziej skłaniałem się podobnie jak Jagst w kierunku Skaldów a zwłaszcza Breakoutu. Dziś jednak nie mam wątpliwości, że zespołem numer jeden mojej młodości (i nie tylko) są Czerwone Gitary. Bardzo lubię też Trubadurów.

Wracając do tematu fenomenu. Podobną muzykę uprawiały też inne zespoły, Czerwone Gitary nie były pierwsze i właściwie jeśli chodzi o styl to nie wymyślili niczego co już nie istniało (choć fakt, że dopiero wchodziło). Na dodatek musieli rywalizować z powstałymi wcześniej Czerwono-Czarnymi i Niebiesko-Czarnymi. A jednak tamte zespoły, choć miały w swych składach całą prawie elitę, łącznie z Niemenem, Klenczonem, Krajewskim, Janczerskim, Poznakowskim i wieloma innymi sławami, nie zdobyły aż takiej sławy. A Polanie? Kadrowo i repertuarowo podobno też byli dobrzy, a są prawie zapomniani. Feyg słyszałeś o takim zespole? A ze starszych - pamięta ktoś jakiś przebój Polan?

Jagst - 2009-02-07, 20:30

Feyg to akurat dużo młodszy ode mnie to nie jest :mrgreen: :hihi:

Ja nie pamiętam Czerwonych Gitar z Klenczonem, ani tym bardziej Czerwono-Czarnych i Niebiesko-Czarnych. Może dlatego uzurpuję sobie prawo do pewnego obiektywizmu.

Te dwie "kolorowe" grupy były swoistymi kuźniami talentów, ale w okresie Czerwonych Gitar, czyli w drugiej połowie lat 60-ych owe talenty miały już swoje zespoły z którymi zdobywały popularność. Dla obydwu "kolorowych" mateczników zabrakło nowych świeżych muzyków świeżych pomysłów, obydwa zespoły wtedy już odchodziły w cień zepchnięte tam niejako przez swoich "absolwentów" z nowymi zespołami.

Te nowe zespoły to właśnie "Akwarele" Niemena, "Polanie" Nebeskiego, "Trubadurzy" Poznakowskiego, "No To Co" Janczerskiego, "Czerwone Gitary" Klenczona Kosseli i Zomerskiego... W Niebiesko-Czarnych zsotali znakomici Popławski i Korda, ale to już nie wystarczało do utrzymania popularności, zwłaszcza że talent wokalny Ady Rusowicz był taki sobie. Związane z Czerwono-Czarnymi Kasia Sobczyk, Karin Stanek, czy Helena Majdaniec też nie powalały talentem, i chyba już wtedy wyczerpały swoje możliwości. No i wyjątkowo mocna konkurencja z innych środowisk, w bardziej wyrafinowanych klimatach "Skaldowie", tudzież w ostrym i surowym rocku i bluesie "Breakout".

Czerwono-Czarni i Niebiesko-Czarni byli pierwsi, pokazali coś nowego, można nazwać ich pionierami. Ale na fali którą stworzyli pojawili się lepsi, którzy ich zepchnęli w cień.

To jest tak jak z Akademią Rzygaczy. Początkowo wystarczał zapał i amatorskie gawędy - bo i tak to była nowość, zaskoczenie. Po kilku latach tacy gawędziarze jak ja już nie są w stanie dorównać prawdziwym fachowcom, którzy w międzyczasie się objawili - choć być może pojawienie się rzeczywistych znawców poszczególnych tematów było w jakimś stopniu spowodowane powstaniem Akademii Rzygaczy.

Tangens - 2009-02-07, 22:27

Obawiam się z tymi Rzygaczami, że odezwą się nożyce. :hihi:
A o ile młodszy od Ciebie jest Feyg to nie wiem, wszak ukryłeś swój wiek :rozpacz:
Bardzo trafna sensownie poukładana opinia. :brawo:
Trochę może tylko dorzucę swoje trzy grosze. Rzeczywiście trudno uznać Karin Stanek za talent, choć i dziś, mimo nieporównywalnie większej konkurencji, kariery robią różne Dody i Mandaryny. Ale Henryk Fabian i Jacek Lech byli dobrymi piosenkarzami.
Ci co pozakładali nowe zespoły na ogół udawało im się tylko raz. Nowe jeśli zdobywały popularność, to dzięki sławie ich liderów (Wiatraki Poznakowskiego, Trzy Korony Klenczona) i na krótko. Może tylko Janczerskiemu udało się uzyskac coś z Bractwekm Kurkowym, choć też była to bardziej już kapela uliczna, no i Nebeski, który oprócz Polan utworzył ciekawy zespół ABC z którym miał kilka przebojów i wypromował Halinę Frąckowiak i Wojciecha Gąssowskiego.

Jagst - 2009-02-07, 22:50

Tangens napisał/a:
A o ile młodszy od Ciebie jest Feyg to nie wiem, wszak ukryłeś swój wiek

Ach zapomniałem, rzeczywiście. Zostałem wydany prawie pół roku przed wydaniem White Albumu Beatlesów.

feyg - 2009-02-07, 23:01

Jagst napisał/a:
Tangens napisał/a:
A o ile młodszy od Ciebie jest Feyg to nie wiem, wszak ukryłeś swój wiek

Ach zapomniałem, rzeczywiście. Zostałem wydany prawie pół roku przed wydaniem White Albumu Beatlesów.

A ja trzy dni przed śmiercią Janis Joplin ;-)

Tangens - 2009-02-08, 03:20

feyg napisał/a:
Jagst napisał/a:
Tangens napisał/a:
A o ile młodszy od Ciebie jest Feyg to nie wiem, wszak ukryłeś swój wiek

Ach zapomniałem, rzeczywiście. Zostałem wydany prawie pół roku przed wydaniem White Albumu Beatlesów.

A ja trzy dni przed śmiercią Janis Joplin ;-)
A ja równo z samym sobą. W rocznicę zburzenia Bastylii, dzień przed bitwą pod Grunwaldem. Dzień przed urodzeniem Joe Satriani, jedneaście dni przed zatonięciem Andrea Doria.
Henio - 2009-02-08, 08:06

Tangens napisał/a:
A ja równo z samym sobą....,....... dzień przed bitwą pod Grunwaldem.

Ładny wiek. Wtedy to hitem były : Bogurodzica i jakieś tam Tamdaradej, :szczena:
A długi czas na liście przebojów utrzymywała się piosenka : Gdybym to ja miała skrzydełka jak gąska. :hihi:

Piotr A. - 2009-02-08, 14:43
Temat postu: Moje 3 grosze o Czerwonych Gitarach
Po pierwsze, zamieszczona reprodukcja okładki to opakowanie płyty długogrającej. W prawym górnym rogu jest biały owal, a w nim literki XL i SXL. Po tym poznawano czy płyta została wydana w wersji mono (XL) czy stereofonicznej (SXL). Prawdę powiedziawszy mało kto w tamtych latach miał sprzęt stereo. Byłem w dobrej sytuacji mój ojciec pływał - dzięki temu miałem gramofon Dual. Wtedy to była marka. Co do fenomenu Cz. G. to myślę, że trafili na rynek we właściwym momencie. Starałem się być na wszystkie ich koncertach - między innymi w nieistniejącej już od wielu lat sali widowiskowej Stoczni Gdańskiej - wejście od Wałowej (chyba). Byli swego rodzaju ikoną tamtych lat. Nie Polanie i Guzek, nie Niebiesko czy Czerwono Czarni (też bywałem na ich występach), ani nawet Skaldowie - grali głównie w NonStopie. Wtedy to po raz pierwszy w życiu zobaczyłem swojego sąsiada po wpływem narkotyków. Widoczek zniechęcił mnie do tych zabawek do dnia dzisiejszego. Łatwo nam dzisiaj po latach oceniać zespoły z przed bez mała pół wieku, ale równie duży sentyment czuję do następcy Czerwonych Gitar - zespołu Trzy Korony. Próby zespołu odbywały się po sąsiedzku - w willi na Wita Stwosza w Oliwie. Obsiadaliśmy tam schody słuchając genialnej (dla nas) muzyki. Potem Klenczon wyjechał do USA gdzie zginął. Przed śmiercią nagrał za własne pieniądze płytę. Dostałem ją od Jego szwagra, ale skradziono mi ją w stanie wojennym. Pamiętam że był tam utwór "Work, work, work". To aluzja do ciężkiej pracy jaką w Stanach wykonywał.
Wracając do okładki płyty, to myślę, mój Przedmówca pomylił ją z okładką
"czwórki": EP N 0490 Muza 05.1967 „Czerwone Gitary śpiewają kolędy”

Strona A Strona B
1. Dzień jeden w roku 2. Mości gospodarzu
3. Dzisiaj w Betlejem 4. Mizerna cicha.

Tangens - 2009-02-08, 19:51

Od Wałowej? To mówisz chyba o starej hali widowiskowej, nie tej co spłonęła w 1994 roku? Rzeczywiście, tam przy Wałowej też coś było, byłem raz matką na jakiejś uroczystości WPKGG. Na koncercie CzG bywałem jednak tylko w tej hali z wejściem od Marynarki Polskiej.
Co do okładki to na 100% jest ona od longplaya, na ten temat pisąłem już nieco wcześniej. Zresztą za czwórki chyba nawet nie dawano Złotych Płyt?
P.S. Czy ktoś pamięta, czy płyta, której okładkę zamieścił Feyg była pierwszą Złotą Płytą w Polsce? Bo jakoś tak niemal równocześnie ktoś też otrzymał to trofeum, bodajże Czesław Niemen, tylko nie pamiętam za którą płytę: Dziwny jest ten świat, czy Sukces?

Piotr A. - 2009-02-08, 20:00

Zgadza się. Od Wałowej. Tą halę rozebrano (jeżeli mnie pamięć nie myli) na początku lat 70-tych. Tłumaczono to złym stanem technicznym i zagrożeniem pożarowym.
Pierwszą złotą płytę otrzymał Czasław Niemen za „Dziwny jest ten świat” 20 grudnia 1968. Album sprzedano w ilości ponad 160 tysięcy egzemplarzy. To wszystko co udało mi się wygrzebać. Szczerze powiedziawszy nie lubiłem "Dziwnego świata". Natomiast bardzo podobał mi się "Sukces".

Tangens - 2009-02-08, 21:25

Piotr A. napisał/a:
Szczerze powiedziawszy nie lubiłem "Dziwnego świata". Natomiast bardzo podobał mi się "Sukces".
Ja podobnie. Może dlatego, że Sukces miałem swój więc bardziej się osłuchał. Takich utworów jak Płonąca stodoła, Klęcząc przez tobą, Alilah, Włóczęga czy Spiżowy krzyk z przyjemnością słucham do dziś. Natomiast z tej pierwszej poza utworem tytułowym nie mogę sobie przypomnieć niczego.
Ale fakt posiadania i osłuchania nie jest zasadą. W przypadku Czerwonych Gitar było odwrotnie, najbardziej lubiłem płytę nr 2 (tę której okładkę dał Feyg), znacznie mniej 3 którą miałem w swych zbiorach. Może za bardzo chcieli, aby składała się prawie wyłącznie z utworów nowych, z których większość nie stała się potem przebojeami. Natomiast wiele naprawdę fajnych piosenek zostało pominiętych na płytach długogrających, stąd LP-3 mnie trochę rozczarował.

Jagst - 2009-02-09, 08:39

Tangens napisał/a:
(...) Sukces miałem swój więc bardziej się osłuchał. Takich utworów jak Płonąca stodoła, Klęcząc przez tobą, Alilah, Włóczęga czy Spiżowy krzyk z przyjemnością słucham do dziś. Natomiast z tej pierwszej poza utworem tytułowym nie mogę sobie przypomnieć niczego.

Wspomnij "Wspomnienie" i pamiętaj ten dzień... ;-)

Może ten wątek powinien mieć tytuł ogólnogdańskomuzyczny...

villaoliva - 2009-02-12, 17:19
Temat postu: Czesława Niemena gdański epizod
Czesława Niemena gdański epizod

„Czy mnie jeszcze pamiętasz? Czesława Niemena gdański epizod”, to tytuł filmu dokumentalnego opowiadającego o pierwszych latach kariery tego wybitnego artysty. Film będzie można dziś i jutro na antenie telewizji TV POLONIA.
Film Tomasza Radziemskiego "Czesława Niemena gdański epizod" to wartka, wypełniona wspomnieniami i anegdotami opowieść o pierwszych latach pobytu artysty - posługującego się jeszcze wówczas swoim prawdziwym nazwiskiem: Czesław Wydrzycki - w Polsce, po repatriacji zza wschodniej granicy.

Autorowi udało się namówić na zwierzenia kilka osób, które w tamtym czasie - na przełomie lat 50. i 60. były najbliżej młodego artysty: kolegów z zespołu Niebiesko-Czarni, współlokatorów, kuzyna. Z ich wspomnień wyłania się bardzo pogodny i barwny obraz człowieka, który w bardzo krótkim czasie z nieco zagubionego i nieśmiałego młodzieńca stał się wielką gwiazdą, idolem - dosłownie - milionów słuchaczy w Polsce i poza jej granicami. Bardzo dobrym pomysłem realizatorskim było ograniczenie ram czasowych tej opowieści do lat spędzonych przez Niemena w Trójmieście - film kończy się opowieścią o wyjeździe Niemena do Warszawy, ilustrowaną ujęciami z jednego z jego późnych koncertów, gdy był już wielką gwiazdą polskiej sceny muzycznej.


Film, zrealizowany przez Video Studio Gdańsk przy współudziale Miasta Gdańska, będzie można zobaczyć na antenie TV POLONIA dwukrotnie: 12 lutego o godz. 22.35, a także 13 lutego o godz. 14.35.

feyg - 2009-03-22, 22:18

Na początku był "Rythm and Blues"
Cytat:
Mniejsza o akt zapłodnienia, zobaczmy, co wyszło z tej ciąży - mówi Franciszek Walicki na okoliczność 50 rocznicy powstania pierwszego rock'n'rollowego zespołu w Polsce.

Było chłodne marcowe popołudnie, sala Rudego Kota w Gdańsku nabita do granic możliwości. Na scenie pięciu chłopaków z zespołu Marynarki Wojennej, wciąż mających niewielkie pojęcie o rock'n'rollu. Między nimi ja, zapowiadający ten koncert. Niech pan napisze tak: Ten dzień zmienił moje życie. Byłem dziennikarzem gazety partyjnej, zajmowałem się sprawami kultury i młodzieży. I od tej chwili wszystko, co mnie dotąd otaczało, przestało mnie interesować, jakby nagle fiknęło kozła. Tak właśnie 24 marca 1959 roku, a więc niemal równo pół wieku temu, powstał zespół Rythm and Blues. A wraz z nim w Polsce rozpoczęła się era rocka.

Ojciec chrzestny polskiego rocka ma dziś 89 lat i prawie nie opuszcza swojego mieszkania w centrum Gdyni. Jeszcze do niedawna wiceprezydentowi Sopotu Wojciechowi Fułkowi udawało się od czasu do czasu wyciągnąć go na mecze koszykarzy Prokomu Trefla (Walicki w młodości sam uprawiał tę dyscyplinę), ale teraz niechętnie rusza się z domu. Przez okno saloniku, w którym mnie przyjmuje, widać dach domu handlowego Batory. Gospodarz pokazuje stos leków na półce.
- Codziennie muszę łykać po 20 pastylek, żeby jeszcze jakoś się ruszać - mówi.
::: Reklama :::

Wychowany na Foggu

O swoim długim i barwnym życiu napisał książkę "Szukaj, burz, buduj". A jest o czym pisać - nie tylko ze względu na rozpoczętą przed, bagatela, półwiekiem rockową przygodę mojego rozmówcy. Urodzony w Wilnie, absolwent eksperymentalnej prywatnej szkoły ogólnokształcącej w Rydzynie, zwanej polskim Eton, przed wojną zdążył jeszcze zdać egzamin do Wyższej Szkoły Morskiej i odbyć rejs szkoleniowy na Karaiby na "Darze Pomorza". Wśród jego opiekunów był m.in. kpt. Karol Olgierd Borchardt oraz lekarz, podróżnik i religioznawca, dr Wacław Korabiewicz. Pierwsze lata wojny Walicki spędził we wcielonym do sowieckiej Litwy Wilnie. W tym czasie ożenił się po raz pierwszy, a ponieważ jego żona była Żydówką, więc po wkroczeniu nazistów w myśl ustaw norymberskich, uznany został także za Żyda. Ukrywał się na Podhalu. Ujęty z fałszywymi papierami, trafił do obozu. Po wojnie, wcielony do Marynarki Wojennej, redagował "Przegląd Morski". Jego mentorem był komandor Stanisław Mieszkowski, obrońca Wybrzeża z 1939 r., w 1950 r. aresztowany z grupą oficerów pod fałszywym zarzutem szpiegostwa, w 1952 r. skazany na śmierć i stracony. Sprawie tego procesu Walicki, po upadku stalinizmu, poświęci artykuł "Miecz i prawo".

Po wyjściu z wojska Walicki związał się z "Głosem Wybrzeża", gdzie m.in. kierował działem kultury, a także redagował sobotnio-niedzielne wydanie magazynowe. Kiedy w sierpniu 1956 r. zorganizowano w Sopocie pierwszy ogólnopolski festiwal jazzowy, Walicki znalazł się w honorowym komitecie organizacyjnym.
- Ja należę do pokolenia wychowanego na "Tangu Milonga", "Ostatniej niedzieli", Mieczysławie Foggu, czy z wykonawców zagranicznych, powiedzmy Marlenie Dietrich - tłumaczy. - Jazzem zainteresował mnie Leopold Tyrmand, z którym zaprzyjaźniliśmy się jeszcze w Wilnie, w 1939 r.

Jak jednak podkreśla, bardziej od samej muzyki interesowała go otoczka towarzysząca tej, już nie zakazanej, ale wciąż podejrzliwie przyjmowanej przez władze muzyce. Określający siebie samego jako człowieka o lewicowych poglądach, nie mógł się pogodzić z konserwatyzmem działaczy partyjnych, potępiających jazz. Przecież on zrodził się z bólu, poniżenia i protestu ludzi ubogich i wyzyskiwanych! - przekonywał. A oni na to, że Walickiego trzeba usunąć z redakcji partyjnego dziennika, bo ma fałszywy pogląd nie tylko na jazz, a także... stroje dziewcząt na festiwalu.

Przekraczamy granicę

Na kolejnym festiwalu wśród zagranicznych gości pojawił się wokalista Bill Ramsey, który zaśpiewał wiązankę utworów rock'n'rollowych, doprowadzając do ekstazy wielotysięczną publiczność na stadionie gdańskiej Lechii.
- Nagle jazz wydał mi się mdłą papką - wspomina Walicki. - Zrozumiałem, że odtąd chcę się zajmować właśnie tym. Zresztą Tyrmand, do dziś uchodzący za guru polskiego jazzu, przeszedł podobną ewolucję. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do mnie z pierwszą płytą Rolling Stonesów i powiedział: posłuchaj tego, przy tym jazz jest nudny.

Walicki skrupulatnie gromadził wszelkie dostępne materiały dotyczące rock and rolla: nagrania, informacje, zdjęcia. Co dwa tygodnie prowadził na ten temat pogadanki w klubie Rudy Kot. Stary magnetofon i zużyty epidiaskop pozwalały na audio-wizualne dopełnienie prelekcji. Tam wypatrzyła go grupa młodych muzyków z zespołu rozrywkowego Marynarki Wojennej.
- Chcemy grać rock and rolla - zameldowali redaktorowi.
- Świetnie - ucieszył się.

I tak, równo pół wieku temu, powstał zespół Rythm and Blues.
Zagadnięty o ich pierwszy koncert, 24 marca 1959 r., Franciszek Walicki początkowo próbuje wymigać się od odpowiedzi.
- Wolałbym nie mówić o samym akcie zapłodnienia, ale o tym, co potem z tej ciąży wyszło, o tym wszystkim, co działo się na przestrzeni tych 50 lat, które potem nastąpiły.

Ostatecznie jednak ulega.
- Było chłodne marcowe popołudnie, sala Rudego Kota nabita do granic możliwości, na scenie tych pięciu chłopaków z zespołu Marynarki Wojennej, wciąż mających niewielkie pojęcie o rock'n'rollu i między nimi ja, zapowiadający ten koncert. Niech pan napisze tak: Ten dzień zmienił moje życie.

Byłem dziennikarzem gazety partyjnej, zajmowałem się sprawami kultury i młodzieży. I od tej chwili wszystko, co mnie dotąd otaczało, przestało mnie interesować, jakby nagle fiknęło kozła.
- Czy zdawaliście sobie sprawę, że zmieniacie oblicze polskiej muzyki rozrywkowej?
- Wtedy jeszcze nie. Dopiero jak się zaczął nasz objazd Polski, koncerty w największych halach sportowych: Łodzi, Warszawy, Wrocławia, Poznania. Tam poczułem siłę tego zjawiska, to że przekraczamy jakąś granicę.

Podobne wrażenie musiał odnieść towarzysz Edward Gierek, wówczas sekretarz Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Następnego dnia po koncercie Rythm and Bluesa w tym mieście Walicki i kierownik organizacyjny trasy zostali wezwani do niego na dywanik i dowiedzieli się, że Śląska młodzież nie potrzebuje takiej zdegenerowanej muzyki i że był to ich ostatni koncert. Faktycznie, nagle drzwi sal koncertowych zaczęły się przed nimi zamykać i - po ledwie sześciu miesiącach istnienia, mając na koncie 37 występów i nie pozostawiwszy po sobie ani jednego nagrania, pierwszy polski zespół rock'n'rollowy przeszedł do historii.

Sprzeciw napędza i dodaje sił

Widzimisię sekretarzy partyjnych, decydujących czego chce, a czego nie chce polska młodzież to nie jedyny absurd, z jakim zmagał się ówczesny polski show-biznes. Czerwono-Czarnym, kolejnemu zespołowi wypromowanemu przez Walickiego, wymówiono angaż w warszawskiej kawiarni Kongresowa, gdzie przygrywali do tańca, z powodu... zbyt dużej frekwencji. W "uspołecznionej" gastronomii dużo klientów - oznaczało więcej pracy, czyli było nieopłacalne. Nieżyciowe były tzw. stawki dla muzyków, ustalone administracyjnie i wypłacane "sztywno", niezależnie od liczby sprzedanych biletów.
- W redakcji "Głosu" podejrzewano mnie, że robię niezłe interesy na tym całym rock'n'rollu - wspomina Walicki. - Tymczasem ówczesny taryfikator Ministerstwa Kultury w ogóle nie przewidywał takiej roli jak menedżer czy impresario, więc ja, za te wszystkie koncerty, dostawałem na początku takie same stawki, jak byle osiłek ustawiający aparaturę na scenie.

Co zatem pchało statecznego redaktora ku młodocianym "szarpidrutom"?
- Interesowała mnie nie tyle sama muzyka, która, szczególnie we wczesnych latach 60., była bardzo prosta, ale podłoże tego wszystkiego. To, jak rock działa na młodzież, a także to, że u niektórych budziło to taki sprzeciw. Kto wie, czy głównym motorem sprawczym mojego zaangażowania nie był właśnie ten opór władz?

Sposobem na przełamanie, a raczej obejście tego oporu, który zniszczył Rythm and Bluesa, była zmiana nazwy grupy na Czerwono-Czarni, a kiedy to nie wystarczyło, także zmiana jego składu. O tym zespole, który szybko zrezygnował z jego usług menedżerskich, Walicki mówi jednak z pewną dezaprobatą, jako wykonawcy odpłynął w stronę muzyki pop, podobnie jak Czerwone Gitary.
- Ja byłem zdecydowanym rock'n'rollowcem - deklaruje. - Rock to muzyka balansująca między kiczem a sztuką, prostą czynnością rozbawienia, zabawy, a niewymuszoną potrzebą powiedzenia czegoś ważnego dla wykonawcy i dla odbiorcy. Zmuszenia do pewnego intelektualnego wysiłku.

Jest za to dumny ze swoich kolejnych podopiecznych: Niebiesko-Czarnych, kierowanych przez gitarzystę Janusza Popławskiego, z całą plejadą solistów, wśród których był m.in. Niemen, Korda, Rusowicz, Majdaniec i Klenczon, potem Break Out i wreszcie SBB. Szczególnie komplementuje lidera tej ostatniej grupy.
- Niemen uważany jest za postać numer jeden w dziejach polskiego rocka. Mnie się wydaje, że Józef Skrzek to postać przynajmniej równorzędna.

Franciszek Walicki został więc "Ojcem Chrzestnym" polskiego rocka. Przez dwie następne dekady kompletował składy zespołów, wymyślał im nazwy (np. Czerwone Gitary; choć pod tym względem bardziej zasłużyła się pani Walicka, która zasugerowała Czesławowi Wydrzyckiemu zmianę nazwiska na Niemen), pisał teksty pod pseudonimem Jacek Grań, pomagał wybierać repertuar, a nawet muzyczny styl (z bigbitowego Black Out, zrobił hard rockowy Break Out, a pod koniec lat 70. "na nowo wymyślił" Urszulę Sipińską jako wokalistkę country), organizował zagraniczne wyjazdy. Był także inicjatorem powstania sopockiego Non Stopu, pierwszej w Polsce dyskoteki - Musicorama i poświęconej rockowi gazety, pod tym samym tytułem.

Tylko bębny i bas

Walicki w momencie, gdy zajął się promowaniem rocka, miał około czterdziestki. Jego podopieczni byli mniej więcej o połowę młodsi. Rock'n'roll, wiadomo, idzie w parze, a raczej w trójcy z używkami i seksem. Czy musiał też pełnić rolę wychowawcy?

Walicki unika odpowiedzi wprost.
- Miałem to szczęście, że pracowałem niemal wyłącznie z muzykami naprawdę zdyscyplinowanymi i odpowiedzialnymi. Artystami, którzy byli ulepieni ze szczególnego gatunku gliny, takiego który pod wpływem czasu, a niekiedy i ludzkiej zawiści, nie zamieniał się w piasek, ale w granit.
Pewnym paradoksem jest to, że starszy o pokolenie Walicki przeżył tak wielu z nich. Kiedy dochodzimy do tego tematu, gospodarz wyjmuje kartkę, na której przygotował sobie zawczasu odpowiedni tekst:
- Zegarmistrz światła purpurowy zajrzał do jurajskiego parku polskiego rocka i wybrał najlepszych: Bogusława Wyrobka, Krzysztofa Klenczona, Wojtka Skowrońskiego, Przemka Gwoździowskiego, Zbyszka Podgajnego, Adę Rusowicz, Helenę Majdaniec, Janusza Popławskiego, Mirę Kubasińską, Tadeusza Nalepę, Ryszarda Riedela, Grzegorza Ciechowskiego i tego, którego ceniliśmy najbardziej - Czesława Niemena. Im właśnie powinien być poświęcony ten rocznicowy artykuł.

Wymienia też tych, z którymi bezpośrednio nie pracował, którzy przyszli później, a których niezmiernie ceni: Perfect z Hołdysem i ich tekściarz, Bogdan Olewicz, Lech Janerka, Ryszard Riedel z Dżemem, Kazik Staszewski i Kult.
- Od jakiegoś czasu żyłem w przekonaniu, że rock wchodzi w jesień życia, traci ten rozpęd, który kiedyś miał. Odchodzi, jak odszedł barok, romantyzm. Wymiera jak miś panda, i jeszcze tylko kilka tych pięknych misiów się szwenda po świecie. Hołdys kilka lat temu powiedział w jakimś wywiadzie, że gitara elektryczna wkrótce odejdzie w niepamięć, zostanie sam rytm, bębny i bas, i my będziemy to uwielbiać. No i doczekałem tych czasów. Młodzież uwielbia właśnie taką muzykę.
- A gdyby pojawił się tu jakiś młody, zdolny, prosząc pana o radę, co by pan mu powiedział?
- Prawdopodobnie bym mu tym mocno zaszkodził, ale doradziłbym, żeby wrócił do brzmienia lat 50. i tamtych piosenek.
- To chyba Amy Winehouse już tu była jakiś czas temu, bo jej sukces oparty jest właśnie o tę receptę.

W odpowiedzi Franciszek Walicki uśmiecha się i wykonuje nieokreślony ruch głową, jakby chciał powiedzieć: a nie mówiłem? "Ojciec Chrzestny", z dziewiątym krzyżykiem na karku, wciąż trzyma rękę na pulsie rocka.
Dariusz Szreter - POLSKA Dziennik Bałtycki

villaoliva - 2009-03-24, 00:15

Z komunikatu prasowego:

50 lat polskiego rock and roll’a


Historia polskiego rock and roll’a rozpoczęła się dokładnie 50 lat temu w Gdańsku. 24 marca 1959 roku w klubie „Rudy Kot” swój koncert zagrała formacja Rythm & Blues. Debiutancki występ grupy poprzedziły sensacyjne zapowiedzi na łamach gdańskich dzienników.


Grupa Rythm & Blues powstała w lutym 1959 roku z inicjatywy Franciszka Walickiego, zwanego przez swoich licznych fanów „polskim Presleyem”. Wykorzystał on rock'n'rollowe zainteresowania grona młodych muzyków z big bandu Marynarki Wojennej, którym przewodził gitarzysta Leszek Bogdanowicz. Część z nich, łącznie z samym Bogdanowiczem, próbowała wcześniej swoich sił w jazzie.


Koncert w „Rudym Kocie” okazał sie prawdziwą sensacją sensacja dla publiczności. Muzycy zagrali piosenki z repertuaru Billa Haleya, Elvisa Presleya, "Littte" Richarda i Tommy'ego Steele'a; Rock Around The Clock posłużył za otwarcie. Rythm & Blues został zmuszony do wielokrotnych bisów, a już następnego dnia w prasie pojawiły się entuzjastyczne recenzje imprezy.


Był to właściwie pierwszy tego rodzaju koncert w wykonaniu polskich muzyków, w którym rock'n'roll starano sie utrzymać w jego najczystszym brzmieniu - pisał po koncercie recenzent "Wieczoru Wybrzeża".


Dokładnie w 50 rocznicę koncertu – w klubie „Rudy Kot”, przy ul. Garncarskiej 18/20, odbędzie się spotkanie z bohaterami tamtych wydarzeń. W klubie pojawią się Franciszek Walicki, Wojciech Korzeniewski i inni weterani rocka. Oficjalnie zaprezentowana zostanie również tablica pamiątkowa w kształcie gitary elektrycznej, która wmurowana zostanie w ścianę „Rudego Kota” 24 czerwca 2009 roku, czyli w dniu jego ponownego otwarcia.


Obecny na uroczystym spotkaniu Paweł Adamowicz wręczy Franciszkowi Walickiemu Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska za wybitne osiągnięcia i zasługi w dziedzinie kultury w wysokości 5 tys. zł. Założyciel pierwszego polskiego zespołu rockowego zostanie także uhonorowany Medalem Prezydenta Miasta.

feyg - 2009-03-24, 21:50

Głównego bohatera zabrakło a i aura była typowo zimowa, ale humory dopisały. Niech żyje Rock'n'Roll!!!
villaoliva - 2009-03-31, 19:29

Przy okazji Rudego Kota ...
lata 80 w klubie


Zdzislaw - 2009-04-14, 21:06

Piotr A. napisał/a:
……. Starałem się być na wszystkie ich koncertach - między innymi w nieistniejącej już od wielu lat sali widowiskowej Stoczni Gdańskiej - wejście od Wałowej (chyba). Byli swego rodzaju ikoną tamtych lat.


Tangens napisał/a:
Od Wałowej? To mówisz chyba o starej hali widowiskowej, nie tej co spłonęła w 1994 roku? Rzeczywiście, tam przy Wałowej też coś było, byłem raz matką na jakiejś uroczystości WPKGG.


Piotr A. napisał/a:
Zgadza się. Od Wałowej. Tą halę rozebrano (jeżeli mnie pamięć nie myli) na początku lat 70-tych. Tłumaczono to złym stanem technicznym i zagrożeniem pożarowym.


Dla wyjaśnienia, do opisanej przez kolegów Hali Widowiskowej wchodziło się poprzez Bramę nr 1 Stoczni Gdańskiej prowadząca z Ul. Lisia Grobla. W owej Hali widowiskowej mieściło się do pierwszej połowy lat 70 Kino "Panorama" i było to miejsce dość nietypowe, albowiem było to jedyne wejście do Stoczni bez przepustki,..... na seans filmowy. Kino zostało zamknięte, a przyczyną tego - niezależnie od rozbudowy hali prefabrykacji, był tragiczny wypadek jakiemu uległ jeden z widzów, przechodzący po seansie pod stojącymi na torze kolejowym (między kinem a bramą) wagonami.

Tangens - 2009-04-15, 21:32

A hala widowiskowa od Marynarki Polskiej, która spłonęła w 1994 roku? Ja tam właśnie chodziłem na koncerty. Istniały w jednym czasie dwie hale należące do Stoczni Gdańskiej? A gdzie odbywały się walki bokserskie Polonii/Stoczniowca?
feyg - 2009-04-15, 21:50

Tangens napisał/a:
A hala widowiskowa od Marynarki Polskiej, która spłonęła w 1994 roku? Ja tam właśnie chodziłem na koncerty. Istniały w jednym czasie dwie hale należące do Stoczni Gdańskiej? A gdzie odbywały się walki bokserskie Polonii/Stoczniowca?

W końcu lat 40-tych w Domu Kultury Robotniczej na Pohulance

Tangens - 2009-04-16, 10:11

Heheheh. Zaciekawiła mnie nazwa Stal (Stoczniowiec). Wydawało mi sie, że RKS Stoczniowiec powstał w 1970 roku w wyniku połączenia RKS Stocznia Północna i ZKS Polonia. Skąd więc nazwa Stoczniowiec w latach 40-tych?
Ponawiam pytanie: gdzie odbywały się mecze bokserskie Polonii/Stali/Stoczniowca w latach 60-tych? Czy obok hali widowiskowej była jeszcze hala sportowa?

villaoliva - 2009-07-01, 09:45

Co się dzieje z klubem Rudy Kot w Gdańsku?

Cytat:
Choć w klubie Rudy Kot przy ul. Grancarskiej trwają prace wykończeniowe, wciąż nie jest znana nawet przybliżona data otwarcia tego kultowego już miejsca. Tymczasem, dzierżawca lokalu prowadzi konsultacje z osobami związanymi z kulturą w Gdańsku. Dotyczą głównie charakteru, jaki powinna mieć prowadzona działalność w Rudym Kocie - Prace tak długo trwają, ponieważ lokal wymagał generalnego remontu. Wszystko jednak jest na dobrej drodze - zapewnia mec. Jacek Szynkowski, reprezentujący Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Poligraficznego, który jest dzierżawcą lokalu.

Przez ostatnich kilka lat nie było jasne, kto ma prawo do stojącej w centrum Gdańska kamienicy, w której mieści się klub. Spór między ZZPPP a miastem Gdańsk rozstrzygnął wreszcie sąd, który orzekł, że to miasto jest właścicielem lokalu. ZZPPP dostał obiekt w użytkowanie.

W marcu tego roku, podczas hucznych uroczystości z okazji 50. rocznicy pierwszego zagranego w tym klubie koncertu rock'n'rollowego prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zapowiadał, że Rudy Kot zostanie ponownie otwarty prawdopodobnie już 23 czerwca. Jak się jednak okazało, terminu nie udało się dotrzymać, chociaż obie strony deklarują, że nie ma najmniejszych trudności przy prowadzeniu prac remontowych i organizacyjnych. Zaniepokojonych chociaby stanem klubowych witryn przedstawiciel ZZPPP zapewnia, że obiekt zostanie otwarty i będzie prowadził działalność kulturalną.

- W interesie każdego miasta leży pielęgnowanie tradycji działających w nim popularnych lokali czy firm - przyznaje tymczasem Antoni Pawlak, rzecznik prezydenta Gdańska. - Dlatego dobrze byłoby, gdyby Rudy Kot nawiązywał do historii rock'n'rolla.

Zdzislaw - 2009-08-20, 22:37

Tangens napisał/a:
Heheheh. Zaciekawiła mnie nazwa Stal (Stoczniowiec). Wydawało mi sie, że RKS Stoczniowiec powstał w 1970 roku w wyniku połączenia RKS Stocznia Północna i ZKS Polonia. Skąd więc nazwa Stoczniowiec w latach 40-tych?
Ponawiam pytanie: gdzie odbywały się mecze bokserskie Polonii/Stali/Stoczniowca w latach 60-tych? Czy obok hali widowiskowej była jeszcze hala sportowa?


Po pierwsze podobnie jak i ciebie zaskoczyła mnie nazwa "stocznowiec" na plakacie. Byłem święcie przekonany, iż jest ona pochodną połączenia się klubów w roku 70-tym. Polonię pamietam, bo jako szczeniak chodziłem praktycznie na wszystkie mecze żuzlowe które były rozgrywane na torze własnie na stadonie Polonii (Stoczniowca) przy obecnej ul. Marynarki Polskiej pomimo, że mna tym torze "jeździł" GKS.
Mecze bokserskie na 100% odbywały się w hali widowoskwo-sportowej (tej która spłonęła) bo sam jako kibic w takowym uczestniczyłem (nie jestem pewien czy nie był to mecz z ZSRR, ale głowy nie dam). W tym kompleksie, o ile mnie pamięc nie zawodzi, była jeszcze jedna mala hala sportowa, ale o ile pamietam była ona chyba treningową...

Tangens - 2009-08-21, 01:36

Hala treningowa istniała na pewno, bo choć nie pamiętam treści ani szczegółów to jednak na pewno istaniały szyldziki o tym informujące. Natomiast pytanie moje wywodzi się z zpełnie innej strony.
Ring bokserski wyobrazałem sobie jako prostokąt odgrodzony linami otoczony z czterech stron widownią. Tak to zresztą wyglądało na amerykańskich filmach. W związku z tym wydawało mi się że słuszenej na ogół postury panowie bokserzy będą miec solidne rozmiary, Tymczasem wybrawszy sie po raz pierwszy do hali stoczni na występ Skaldów (pierwszy ich publiczny występ po wypadku) zobaczyłem na scenie ludziki troche wieksze od mojego palca.
Jesli ring był tam gdzie scena to tak naprawdę zastanawia mnie co widzieli widzowie siedzący w 17 czy 20 rzędzie z walki bokserskiej?

villaoliva - 2009-10-07, 07:57

Już za kilka dni Gdańsk znów zabrzmi big-beatem. Wszystko dzięki niezwykłemu koncertowi związanemu jest z wydaniem książki Romana Stinziga i Andrzeja Icha „Motława Beat” opisującej trójmiejską scenę big-beatowa lat 60-tych.


Meteory, Takty i Złote Struny, ale również Czarne Golfy, Odłam, Pięciolinie, Tony – te nazwy pięćdziesiąt lat temu elektryzowały trójmiejską publiczność. Muzyka młodzieżowa, której początki miały miejsce w latach 60-tych właśnie w Trójmieście zmieniła bezpowrotnie krajową scenę muzyczną. Docierała również do innych państw bloku socjalistycznego kształtując gust muzyczny młodzieży w tych krajach. Jak piszą autorzy „Motława Beat” - przynosiła powiew wolności o smaku zakazanego owocu.


Brzmienie sprzed półwiecza podczas niezwykłego koncertu 15 października o g.19.00 w gdańskim klubie Żak przypomną zespoły big-beatowe związane z Trójmiastem: gdańskie Meteory, sopockie Takty i gdyńskie Złote Struny, a także pierwszy polski zespół rhythmandbluesowy Polanie, który powstał w 1965 roku w Łodzi.


villaoliva - 2010-03-31, 09:05

Marek Karewicz - „Człowiek ze złotym obiektywem”

Cytat:
W sopockim Multikinie 24 marca odbył się przedpremierowy pokaz filmu dokumentalnego pod tytułem „Człowiek ze złotym obiektywem” w reżyserii Tomasza Radziemskiego, wyprodukowany przez Video Studio Gdańsk w koprodukcji z programem 2 TVP S.A. i Domem Spotkań z Historią - Instytucją Kultury Miasta Stołecznego Warszawy.

Autorami scenariusza są: Wojciech Fułek, Tomasz Radziemski, Paweł Chmielewski. Do organizacji pokazu przyczyniły się poza w/w instytucjami, DKF Sopot, Towarzystwo Przyjaciól Sopotu i Multikino Sopot.

Film poświęcony jest niezwykłej postaci fotografika, animatora kultury Marka Karewicza, którego dokonania w postaci wielu wystaw krążą po całym świecie. Jest nierozerwalnie związany z Wybrzeżem Gdańskim, dokumentując ponad 50 letnią historię muzyki jazzowej i rockowej w Polsce. Dokument filmowy pt. „Człowiek ze złotym obiektywem” to barwna i nasycona historią opowieść o muzyce, fotografowaniu i fotografowaniu muzyki. Te trzy wątki filmu spaja osoba Marka Karewicza, fotografika z przebogatym dorobkiem, którego głównym tematem są ekspresyjnie grający muzycy, w większości znani jazzmani. To on przez niemal 50 lat rejestrował wszystko, co się działo na muzycznej scenie w kraju.



villaoliva - 2010-07-21, 07:54

Miasto Gdańsk informuje:

Trzej znakomici muzycy, twórcy polskiej sceny big-beatowej – Wiesław Bernolak, Jerzy Kossela i Jerzy Skrzypczyk - otrzymaja z rąk Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza Nagrodę w Dziedzinie Kultury wysokości 5 tys. zł.

23 lipca 1960 roku to data pierwszego koncertu zespołu muzycznego Czerwono-Czarni i zarazem narodziny nowego polskiego nurtu muzycznego – big-beatu. Koncert odbył się w Gdańsku i to właśnie z naszego miasta rozszedł się muzyczny impuls, który wkrótce obiegł cały kraj, bezpowrotnie zmieniając krajową scenę muzyczną.

Z wydarzeniami sprzed pół wieku ściśle wiążą się trzy nazwiska: Wiesław Bernolak, Jerzy Kossela i Jerzy Skrzypczyk to muzycy i kompozytorzy, którzy od samego początku zaistnieli na polskiej scenie big-beatowej. Bernolak był m.in. członkiem zespołów Czerwono-Czarni i Polanie, Kossela i Skrzypczyk grali najpierw w Gdańskim zespole Pięciolinie, a później m.in. w Czerwonych Gitarach.

Okazją do wręczenia wyróżnienia będzie konferencja prasowa zapowiadająca niezwykłe wydarzenie, jakim jest jubileuszowy koncert z okazji 50-lecia zespołu Czerwono-Czarni.

Gulden - 2010-07-21, 19:53

Dzisiaj przechodziłem obok "Rudego kota" - obraz nędzy i rozpaczy. Wiadomo coś w temacie ewentualnych zmian tego stanu rzeczy?
villaoliva - 2011-10-05, 23:14

Tramwaj Klenczona ruszył z Oliwy

Cytat:
Na pętli tramwajowej w Oliwie odsłonięto we wtorek nazwę nowego tramwaju Pesa 120NaG Swing. Będzie on nosił imię Krzysztofa Klenczona - legendarnego kompozytora, wokalisty, gitarzysty, współtwórcy zespołów: Niebiesko-Czarni, Pięciolinie, Czerwone Gitary i Trzy Korony. Odsłonięcia napisu dokonała żona Krzysztofa, Alicja Klenczon – Corona.



Tangens - 2011-10-06, 19:33

A więc 1039 dlatego, że Krzysztof Klenczon żył 39 lat, a nie dlatego że dostał mało głosów.
Swoją drogą, gdyby to ode mnie zależało, to nadałbym imię Klenczona wagonowi 1042, który by się kojarzył z rokiem urodzenia a nie liczbą przeżytych lat. Poza tym wagon 1042 też zginął tragicznie, przewracając się na ul. Kartuskiej, a więc w dzielnicy Siedlce, gdzie Krzysztof dojeżdżał na zajęcia. No, ale nie narzekajmy, najważniejsze, że wspaniały polski gitarzysta, kompozytor i wokalista został uwieczniony na gdańskim tramwaju. :brawo: :brawo: :brawo: :flaga: :flaga: :flaga:
Swoją drogą ciekawe, czy tego dnia, gdy czytali ogłoszenie na Żaku jechali wagonem 1039 lub choćby 1042. Jest to prawdopodobne, gdyż oba wozy 4N o tych numerach służyły wówczas w zajezdni Wrzeszcz obsługującej w tym czasie zarówno linię 2 jak i 12. Szkoda, że nigdy się tego nie dowiemy.

villaoliva - 2012-08-16, 10:21

Fundacja "Sopockie Korzenie" ogłasza IV Ogólnopolski Konkurs "Wspomnienia Miłośników Rock`n`Rolla", którego celem jest ocalenie od zapomnienia ludzi i zdarzeń oraz uratowanie przed zniszczeniem pamiątek i innych świadectw materialnych dot. historią polskiej muzyki rozrywkowej. Organizowany on jest z Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu i Muzeum Regionalnym w Jarocinie.

Konkurs "Wspomnienia Miłośników Rock`n`Rolla"

W konkursie może wziąć udział każdy kto do 15 września 2012 roku dostarczy do Fundacji spisane lub nagrane wspomnienia, dokumenty, pamiątki (fotografie, plakaty, płyty, nagrania audio i video) lub inne materialne świadectwa związane z tematem konkursu. Będą one oceniane przez, powołane zgodnie z regulaminem konkursu, jury w trzech kategoriach: publikowane i nie publikowane wspomnienia uczestników, opracowania o charakterze historycznym lub socjologicznym oraz "dokumenty, pamiątki, publikacje i inne". Laureaci otrzymają nagrody pieniężne i rzeczowe ufundowane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Marszałka Województwa Pomorskiego, Urząd Miasta Sopotu oraz sponsorów i patronów medialnych. Uroczyste ogłoszenie wyników i wręczenie nagród nastąpi do 30 października 2012 roku w Operze Leśnej w Sopocie. Regulamin oraz formularz zgłoszenia dostępne są na stronie Fundacji Sopockie Korzenie:

http://www.sopockiekorzenie.org.pl/konkurs.html

villaoliva - 2012-10-05, 22:07

Fundacja Sopockie Korzenie serdecznie zaprasza na promocję najnowszej książki Franciszka Walickiego

pt. "Epitafium na śmierć rock’n’rolla’’


Spotkanie z autorem
11 Października 2012, czwartek, godz. 18.00
Biblioteka Manhattan
Al.Grunwaldzka 82, Gdańsk- Wrzeszcz

Tangens - 2013-02-04, 16:25

Może ktoś przypomnieć w którym dokładnie miejscu Sopotu mieścił się klub "U Jurasa"?
villaoliva - 2014-03-25, 11:09

Może Ci panowie będą pamiętać?

Premiera „Big-beatu” – 25 marca 2014 o godzinie 18.00 w Ratuszu Staromiejskim w Gdańsku.

Premiera książki, obok której nie będzie można przejść obojętnie! Marek Karewicz - człowiek legenda - dzieli się z Marcinem Jacobsonem swoimi wspomnieniami, które ujmują szczerością, bawią humorem i zaskakują bezpośredniością. Udostępnia też bogatą kolekcję fotografii upamiętniających polską estradę lat 60. i 70. "Big-beat" pozwoli przenieść się w czasie i poczuć na nowo specyficzną atmosferę tamtego szalonego okresu.

Podczas premiery obecni będą obaj autorzy Marek Karewicz i Marcin Jacobson.

Tangens - 2014-03-25, 22:21

Zdjęcie miód. :flaga: :flaga:
Józef Hajdasz, Mira Kubasińska, Michał Muzolf, Tadeusz Nalepa w pełni rozkwitu. :brawo: :brawo: :brawo: :brawo: :brawo:

Colonel - 2014-03-31, 07:30

Tangens napisał/a:
Może ktoś przypomnieć w którym dokładnie miejscu Sopotu mieścił się klub "U Jurasa"?

A nie pomiędzy 20 Października i Armii Czerwonej, koło takiego placu zabaw, ogródka jordanowskiego? Formalny adres Armii Czerwonej 76/78
tutaj

JAP - 2014-04-10, 23:10

Tangens napisał/a:
Hala treningowa istniała na pewno, bo choć nie pamiętam treści ani szczegółów to jednak na pewno istaniały szyldziki o tym informujące. Natomiast pytanie moje wywodzi się z zpełnie innej strony.
Ring bokserski wyobrazałem sobie jako prostokąt odgrodzony linami otoczony z czterech stron widownią. Tak to zresztą wyglądało na amerykańskich filmach. W związku z tym wydawało mi się że słuszenej na ogół postury panowie bokserzy będą miec solidne rozmiary, Tymczasem wybrawszy sie po raz pierwszy do hali stoczni na występ Skaldów (pierwszy ich publiczny występ po wypadku) zobaczyłem na scenie ludziki troche wieksze od mojego palca.
Jesli ring był tam gdzie scena to tak naprawdę zastanawia mnie co widzieli widzowie siedzący w 17 czy 20 rzędzie z walki bokserskiej?


Widzę ,że nikt się nie kwapi. Może ja?
Otóż ring bokserski stał w centrum, w lewo od wejścia. Widzowie wkoło siedzieli na takich skręcanych listwami krzesłach. Ring był wysoko, więc widoczność nie była zła. Gdańsk był bardzo mocny. 2 kluby w ekstralidze. Często ostatnia walka decydowała o wyniku meczu. Niezapomniane walki Gugniewicza z Branickim, Jędżejewskim w ciężkiej. To nic. Ale zdarzało mi się podglądać " U Derry " treningi Chychły, Antkiewicza, kadry prowadzonej przez papę Stamma. Teraz tę budę rozebrali chyba całkowicie.

Tangens - 2014-04-12, 19:21

Dzięki Jap. :flaga: :flaga: :flaga:
A co to było "U Derry"?

JAP - 2014-04-14, 10:54

Najlepiej opisze ten link http://forum.dawnygdansk....t=derra&start=0
http://forum.dawnygdansk....r=asc&start=390

Pozdrawiam

villaoliva - 2015-08-07, 14:57
Temat postu: Czerwone Gitary wczoraj i dziś. Złoty jubileusz 1965-2015
Serdecznie zapraszamy na promocję najnowszej książki Romana Stinzinga „Czerwone Gitary wczoraj i dziś. Złoty jubileusz 1965-2015”

Gościem specjalnym Autora będzie Jerzy Skrzypczyk.

Spotkanie odbędzie się w czwartek, 13.08.2015 r. o godz. 17.00 w Filii Gdańskiej WiMBP (ul. Mariacka 42, Gdańsk-Śródmieście)

Gość autora - Jerzy Skrzypczyk - perkusista zespołu Czerwone Gitary. Jedyny członek zespołu, który w ciągu 50-letniej kariery grupy uczestniczył we wszystkich koncertach. Czerwone Gitary w tym okresie zagrały około 5000 koncertów.

Roman Stinzing

Sopocianin, pisarz, inicjator i współrealizator, organizator wydarzeń artystycznych w Gdańsku i Sopocie w latach 2009 – 2015:

- 2009 r. Koncert [po 40 latach] zespołu Polanie na promocję książki „Motława – Beat. Trójmiejska scena big beatowe lat 60 – tych”;

- 2010 r. 50 lecie polskiego big – beatu i zespołu Czerwono – Czarni;

- 2011 r. 50 lecie Sopockiego Non Stopu;

- 2012 r. Cykl imprez pt. Tydzień z legendą - Jubileusz 50-lecia The Beatles;

- 2015 r. „Złoty koncert” w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku - Czerwonych Gitar z okazji 50-lecia działalności zespołu;

Autor książek:

- 2005 r. SOPOCKA TRYLOGIA: „Tak dawno jak sięga pamięć”, „Tak dawno a jakby wczoraj”, „Tak dawno a jakby dzisiaj”;

- 2008 r. „Milcząc wołają”;

- 2012 r. „Nie wystarczy jednego życia”;

- 2013 r. „Moi Beatlesi, czyli życie na 33 ⅓ obrotu”;

- 2015 r. „Czerwone Gitary wczoraj i dziś”

Współautor:

- 2000 r. „Złote lata radia w II Rzeczypospolitej” (G. Szczygieł, H. Berezowski);

- 2007 r. „Kurort w cieniu PRL Sopot 1945 - 1989r.” (W. Fułek);

- 2009 r. „Motława Beat. Trójmiejska scena big beatowa lat 60 tych” (A. Icha).

Laureat nagrody literackiej „Pro Libro Legendo” oraz nagrody w dziedzinie kultury, przyznanej przez Prezydenta Miasta Gdańska, Gdyni i Sopotu za liczne publikacje książkowe, cykle artykułów i felietonów z zakresu historii współczesnej Sopotu, Gdyni i Gdańska oraz historii polskiej muzyki spod znaku trójmiejskiego, polskiego rock and rolla/big big beatu lat 60, oraz cyklu imprez „Motława Beat”. Prywatnie jest fanem zespołu The Beatles, The Moody Blues oraz muzyki rock and rollowej, rockowej, rythm and blues i polskiego big beatu lat 60-tych ubiegłego wieku. Spotkania z przyjaciółmi najczęściej umila grając na gitarze muzykę swojego pokolenia.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group