Wolne Forum Gdańsk
Forum miłośników Gdańska i Pomorza

Gdańsk - Gdańszczanie

roland - 2012-02-04, 22:49
Temat postu: Gdańszczanie
Danziger, gorsi Polacy

Gorzko brzmią słowa jednego z przedwojennych gdańszczan wywiezionego w lutym 1945 r. jako nastolatek do Niemiec: - Po wojnie ksiądz mi pisał: "Chłopcze, nie wracaj", ale matka pisała: "Chłopcze, wracaj do domu". Wróciłem. To był mój największy błąd w życiu.

"Szwaby raus" - na drzwiach do mieszkania - albo: "Do szwabów" - ze strzałką w kierunki drzwi - takie napisy zmywali jeszcze wiele lat po wojnie przedwojenni gdańszczanie, wywodzący się z Wolnego Miasta Gdańska. Autochtoni, ludność miejscowa, "tutejsi" albo dumnie "Danziger", czyli gdańszczanie z dawnego Wolnego Miasta Gdańska. Łączy ich miłość do Gdańska i wspólna przeszłość, również ta wyparta z polskiej pamięci zbiorowej - powojenna.


Żadna z osób udzielających mi wywiadu do przygotowywanej książki nie wyraziła zgody na opublikowanie jej nazwiska. - Myśmy już swoje przeszli - tłumaczyli. Na próbę przekonania, iż dzisiaj czasy się zmieniły, odpowiadali pytaniem: "A skąd wiadomo, że się znowu nie zmienią?". Półtora roku później wypomniano Donaldowi Tuskowi, gdańskiemu Kaszubie, "dziadka z Wehrmachtu".

Nie te Niemcy

Skąd się wzięli Danziger? Zwykle z Kaszub, Pomorza, Wielkopolski. Niektórzy osiedlili się w Gdańsku na początku XX wieku po powrocie z emigracji zarobkowej do Zagłębia Ruhry. Żyli na pograniczu trzech kultur - kaszubskiej, niemieckiej i polskiej. W Gdańsku przejmowali kulturę nie tyle niemiecką, ile miejską, gdańską. Tak jak przybysze w Warszawie warszawską czy we Lwowie - lwowską.

Większość to byli ludzie, których określa się jako self-made man . Mieli duże poczucie godności i własnej wartości wynikające z osiągnięcia sukcesu życiowego. Opuszczali rodzinną wieś, w której byli robotnikami rolnymi pracującymi "na pańskim", a w Gdańsku osiągali status wykwalifikowanego robotnika - szanowanego, zrzeszonego w związku zawodowym. Niektórzy zostawali rzemieślnikami czy też przedsiębiorcami. Brali aktywny udział w życiu kulturalnym, czytali regularnie prasę.

Danziger wiedzieli, jak żyć i pracować dla wspólnego dobra w granicach obowiązującego prawa. Do momentu pojawienia się nazistów to niemieckie państwo prawa kształtowało ich wyobrażenia o tym, jak powinno być zorganizowane społeczeństwo. Ich rzekoma proniemieckość była respektem dla sprawności niemieckiej administracji, braku korupcji, znakomitej organizacji i szacunku dla pracy, wyrosłych z wartości mieszczańskich i protestantyzmu. Ich wartościami stały się: pracowitość, rzetelność, odpowiedzialność.

Przez stulecia losy polskich gdańszczan splatały się z niemieckimi. Mieli kontakty sąsiedzkie, rodzinne, towarzyskie, razem pracowali. Wobec nazistów Danziger nie mieli żadnych złudzeń: III Rzesza to nie były te Niemcy, które znali od pokoleń.

1 września 1939 r. oznaczał dla nich nie tylko obronę Poczty Polskiej czy walkę na Westerplatte - to była również zmiana ich statusu państwowego poprzez włączenie Wolnego Miasta do Rzeszy. Jako mieszkańcy i obywatele Gdańska byli całkowicie bezbronni - tam zameldowani, pracujący, ujęci w różnych rejestrach, nie mieli jak się uchronić przed prześladowaniami. Aresztowanych - czasem już pod koniec sierpnia - hitlerowcy mordowali, upokarzali, osadzali w więzieniach i obozach koncentracyjnych. Potem były wypędzenia i do Generalnej Guberni, i do Rzeszy, wywłaszczenia, a jeszcze później powoływanie do Wehrmachtu i innych organizacji paramilitarnych. W Gdańsku wcielonym 1 września 1939 r. do Rzeszy nie wolno było działać Polskiemu Czerwonemu Krzyżowi, nie było ani Rady Głównej Opiekuńczej, ani żadnej namiastki polskiej administracji komunalnej. Tu polscy robotnicy przymusowi musieli nosić na ubraniu "P" i nie wolno było nikomu posługiwać się językiem polskim. Tu była III Rzesza.

Zdani byli na siebie. Bernard Filarski, lekarz stomatolog, był wybitnym i znanym działaczem Polonii gdańskiej. Aresztowany 1 września 1939 r., został zamordowany w marcu 1940 wraz z innymi działaczami Polonii. Jego najstarszego syna osadzono w KZ Stutthof, a potem w Mauthausen. Żonę Bernarda Filarskiego z szóstką małych dzieci Niemcy wysiedlili wiosną 1940 do Generalnego Gubernatorstwa. Żeby przeżyć, żebrali. Chłopi brali ich za przestępców, którzy zostali karnie przesiedleni do ich wsi.

O prześladowaniu przez władze Wolnego Miasta Gdańska Agnieszki Szulc, wdowy z dziesięciorgiem dzieci, za posyłanie dzieci do polskiej szkoły rozpisywała się przed wojną prasa w Polsce. W czasie wojny trzech z jej synów zostało powołanych do Wehrmachtu. Jednemu z nich, Leonowi, powołanemu po zwolnieniu z obozu Stutthof, udało się przedostać do aliantów. Dwaj inni polegli. Jedna z córek została wywieziona na roboty do Rzeszy. Sama Agnieszka Szulc, z pozostałymi dziećmi wypędzona do Generalnego Gubernatorstwa, wegetowała w jakiejś wsi, a później w obozie w Niepokalanowie.

Zweryfikowani, upokarzani

Po wojnie gdańszczanie tak jak rdzenni mieszkańcy Ziem Odzyskanych przeszli tzw. weryfikację według kryterium narodowościowego. O uznaniu za Polaka decydowały: znajomość języka polskiego, członkostwo w polskich organizacjach, postawa w czasie wojny. Zweryfikowani nie podlegali wysiedleniom, otrzymywali polskie obywatelstwo i mieli prawo ubiegać się o rewindykację mienia. Otrzymywali tzw. zaświadczenie weryfikacyjne i składali przysięgę wierności narodowi i państwu polskiemu. Odezwy władzy skierowane do nich głosiły: "Stanowimy jeden naród". Rzeczywistość okazała się inna.

Sytuacja zweryfikowanych gdańszczan była tak zła, iż 4 czerwca 1946 r. władza powołała Wojewódzki Komitet Opieki nad Zweryfikowanymi. Już sama weryfikacja i obowiązek składania przysięgi na wierność były dla zasłużonych dla polskości gdańszczan upokarzające. Jeszcze gorzej było z ubieganiem się o zwrot majątku, najczęściej o przejęte przez państwo polskie domy i mieszkania. Zachowało się wiele dokumentów i relacji świadczących o tragicznych losach gdańszczan.

W 1947 r. B. prosi polskich urzędników o zwrot przedwojennego domu, by móc wynajmować pokoje i uprawiać ogród. Żyje z rodziną w nędzy. B. była wdową po gdańszczaninie, który przed wojną współpracował z polskim wywiadem. Jej mąż, aresztowany w czasie próby przekroczenia granicy polsko-węgierskiej w 1940 r., został rozstrzelany po trzech latach więzienia. Aresztowani i straceni zostali również jego rodzice. Sama B. przeżyła okupację w niemieckim więzieniu.

Po wojnie po powrocie do Gdańska mieszkała z córką i matką u siostry w jej mieszkaniu we Wrzeszczu. Jej dom zajęli osiedleńcy. Wypędzone bezprawnie wraz z siostrą z jej mieszkania, otrzymują jeden maleńki pokoik w lokalu zajmowanym przez Polaków z Warszawy. Mimo że warszawiacy wiedzą, jakie były wojenne losy B., szykanują rodzinę: wykręcają bezpieczniki, nie dopuszczają do kuchni, nasyłają na B. żołnierzy.

Albo przypadek Gerarda Piełowskiego, jednego z pracowników Poczty Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku. Po powrocie z obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen mieszkał z rodziną na strychu. Przykrywali się workami. We "Wspomnieniach gdańskiego bówki" [bówka to w języku kaszubskim - łobuz, gawrosz] Brunon Zwarra, kronikarz dziejów gdańszczan, wspomina pożegnanie z Piełowskim w 1958 r. Zwarra nie mógł uwierzyć, iż Piełowski, więzień obozów koncentracyjnych, zdecydował się wyjechać na stałe do RFN. W odpowiedzi usłyszał: "Ile lat można wytrzymać, wchodząc codziennie jako listonosz do swojego byłego mieszkania, gdzie mieszka obcy człowiek, który zabrał mi także moje meble?". Przed wyjazdem Piełowski zwrócił władzom polskim swój otrzymany przed wojną polski brązowy Krzyż Zasługi.

Folksdojcze nie mają praw

Dla ludności osiedlającej się w Gdańsku są po prostu Niemcami albo - jeszcze gorzej - "folksdojczami". Mało kto rozumie, że przed wojną Danziger byli obywatelami Wolnego Miasta Gdańska, a nie polskimi, a po włączeniu miasta do Rzeszy byli przez władze niemieckie traktowani jak obywatele tego państwa. Danziger nie ubiegali się o ten status. Przeciwnie. To Niemcom zależało, by móc ich jako obywateli niemieckich powoływać do Wehrmachtu.

Wyrzucanie z mieszkań, gospodarstw rolnych, odbieranie zakładów i narzędzi, rabowanie i prześladowanie poprzez szykany jest w pierwszych latach po wojnie na porządku dziennym. Nowi mieszkańcy Gdańska składają na autochtonów fałszywe donosy do UB, by władze odebrały im mieszkania, umieściły w obozach dla Niemców, a ostatecznie wysiedliły do Niemiec.

W mieszkaniu S. zjawia się któregoś dnia mężczyzna z żądaniem podpisania pisemnego zrzeczenia się mieszkania i wszystkich ruchomości. Na protest gdańszczanina odpowiada krótko, iż jest z Lublina i ma więcej praw.

Do W. wprowadza się człowiek przedstawiający się jako artysta malarz. Zajmuje dwa pokoje w jej mieszkaniu i przywłaszcza sobie jej ruchomości. W. jest wdową po polskim kolejarzu zmarłym w obozie, jej brat zginął w Oranienburgu. Przed wojną należeli do gminy polskiej. W czasie wojny W. pomagała więźniom obozów koncentracyjnych.


Zweryfikowani zwalniani są ze stałej pracy, wykonując zaś prace dorywcze, są pozbawieni prawa do korzystania z kart żywnościowych. Często są zmuszani do wykonywania pracy nieodpłatnie. Komitet Opieki nad Zweryfikowanymi zasypywany jest prośbami zrozpaczonych osób o jakąkolwiek pomoc materialną. Tu również znajduje się wiele nazwisk z adnotacjami: "zakładała polskie ochronki w Wolnym Mieście Gdańsku, całą wojnę wspierała więźniów obozów koncentracyjnych, mąż zamordowany w obozie".

Wiele osób przestaje odbierać zaświadczenia o zweryfikowaniu, wiele zgłasza się na wyjazd do Niemiec. Powody wyjazdów wyjaśnił młody Kaszuba, który zgłosił się do zarządzonej rejestracji cudzoziemców w kwietniu 1946 r.: "Oczekiwali my innej Polski. Mieszkam w Gdańsku z matką i rodzeństwem. Przez rok nachodzili nas mundurowi mężczyźni, wyzywali nas od Niemców, ograbili doszczętnie, nic już nam nie pozostało - chcemy wyjechać do Niemiec".

Po polsku nie mówi

Powojenną sytuację gdańszczan pogarszała ich często słaba albo żadna znajomość polskiego. Do dziś są powszechne obiegowe stwierdzenia: "przecież on/ona nawet po polsku nie mówi" oparte o romantyczny mit języka ojczystego i przeświadczenie o przemożnym wpływie domu rodzinnego na jego znajomość.

A przecież w Gdańsku w ramach państwa niemieckiego i później w Wolnym Mieście Gdańsku językiem urzędowym i językiem nauczania był język niemiecki. Wielu gdańszczan wyniosło z domu znajomość języka kaszubskiego. Wyjście z lokalnej społeczności stawiało przed nimi duże wyzwania. Jednak wyuczenie się i wykonywanie zawodu, kontakty niezbędne w pracy i poza domem wymagały znajomości niemieckiego i posługiwania się nim. O to zaś, co dla ludności polskiej było po 1918 r. normalnością, np. posługiwanie się językiem polskim nie tylko prywatnie, ale również w życiu publicznym, polskie szkoły czy życie kulturalne, gdańszczanie musieli uparcie walczyć. Wsparcie państwa polskiego było i w tej walce mało skuteczne.

Dlatego już sam wybór szkoły dla dziecka stawiał gdańszczan przed dylematami nieznanymi rodzinom z Polski: dobra szkoła niemiecka czy słaba polska?

Można by tu przypomnieć, że brak znajomości języka polskiego nie był zresztą przypadkiem wyłącznie gdańszczan. W kasynie oficerskim na Helu w okresie międzywojnia długo dominował język rosyjski - posługiwali się nim polscy oficerowie przyjęci do polskiej Marynarki Wojennej z marynarki carskiej. A przecież nikt nie odmawia polskości oficerom polskiej przedwojennej Marynarki Wojennej.

Porzuceni

W Polsce powojennej działo się wiele nieprawości, a prześladowania dotknęły wielu zasłużonych Polaków, nie tylko opisywanych tu gdańszczan. Tragedią Danziger było jednak powojenne społeczne odrzucenie połączone z pogardą dla "folksdojczów". To społeczna solidarność oraz wsparcie integrują i mają ogromne znaczenie dla życia we wspólnocie. Tego gdańszczanom w Polsce tuż po wojnie odmówiono.

Podobnie działo się i później. Żaden z nich, nawet spośród zamordowanych przez Niemców przedstawicieli Polonii gdańskiej, nie doczekał się tytułu honorowego gdańszczanina. Na I Światowym Zjeździe Gdańszczan w maju 2002 r. nie było ani jednego referatu poświęconego tej grupie ludności. Gdyby nie spontaniczne wystąpienie pana Zygmunta Warmińskiego, przedwojennego gdańszczanina i byłego ucznia Gimnazjum Polskiego w Wolnym Mieście Gdańsku, można by sądzić, że ich w ogóle nie było.

Wspomnienia Zygmunta Warmińskiego opublikowane najpierw w Niemczech, a potem w Polsce, nie odbiły się w Polsce żadnym echem. Wiedza o gdańszczanach oparta jest w głównej mierze na książkach Güntera Grassa, który w swych gdańskich utworach nie wyszedł poza opis swojego drobnomieszczańskiego środowiska, a w żadnym wywiadzie nie wspominał polskich gdańszczan.

Danziger zostali wykluczeni z publicznej pamięci.

*dr Alina Kilian - historyk prawa, tłumacz języka niemieckiego

Artykuł napisałam na podstawie literatury i materiałów źródłowych zebranych do przygotowywanej do druku książki "Danziger", poswięconej tożsamości kulturowej mieszkańców Wolnego Miasta Gdańska. Korzystałam m.in. z książek: Brunon Zwarra, "Wspomnienia gdańskiego bówki", Gdańsk 1985; Sigmund Warminski, "Danzig - Heimatland", Frankfurt am Main 2000; wspomnienia Marii Chodakowskiej, córki Bernarda Filarskiego, w: "Danzig-Gdańsk 1944", Gdańsk 1994; Zygmunt Kurek, "Trzy lata w Wolnym Mieście Gdańsku 1936-1939", Bydgoszcz 1987

Źródło: Gazeta Wyborcza 2008 r.

Hochstriess - 2012-02-05, 10:00

Bówke znamy. Temat znamy. Ech.
Podobnej sprawy dotyka film Wojciecha Smarzowskiego "Róża". Z kina wyszlam w dygocie.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group